Na szczęście nie o ekologię chodzi

Moto Pod Prąd nie oznacza, że lubimy samochody podłączane pod prąd. Samochody elektryczne, hybrydy i tym podobne „wynalazki” traktujemy zazwyczaj jako nieudane, udające ekologiczne pojazdy, stwory, których miejsce jest wśród nadętych, proekologicznych onanistów. Jednak z Renault Twizy jest zupełnie inaczej. A to dlatego, że on nie chce być samochodem w potocznym rozumieniu. On chce być budzącym uśmiech wozidełkiem, oswajającym kierowców z elektryczną przyszłością motoryzacji…

Twizy nie udaje samochodu. I dobrze. Jest wesołą zabawką, dla entuzjastycznie nastawionych do życia ludzi. Nie ma ogrzewania, nie ma bagażnika, nie ma dywaników, nie ma radia… On nie chce być samochodem, który dogodzi wszystkim przeciętnym kierowcom. On chce budzić uśmiech, najbardziej u ludzi młodych i – nie ukrywajmy – chcących się wyróżnić, być trendy. Dla takich osób, na pewno atutem będzie fakt, że Twizy jest stuprocentowym samochodem elektrycznym. Nie ma silnika spalinowego. Oznacza to, że „tankujemy” go prądem ze zwykłego gniazdka. Zatankowany prądem Twizy może przejechać około 80km w mieście, pewnie trochę więcej w trasie. Wszystko mocno zależy od stylu jazdy. A jeździ się ciekawie.

Przyspieszenie jest nienajgorsze, jak na pojazd, który ma być zastępstwem dla skutera. Prędkość maksymalna ok. 80 km/h jest w ruchu wielkomiejskim, przy takim małym pojeździe właściwie wystarczająca. I wcale nie jest tak, że ten samochodzik musi bardzo mozolnie się napędzać, by te 80 km/h osiągnąć. Udaje się to bez większych problemów. Zawieszenie jest bardzo sztywne, ale takie być musi, by dało się bezpiecznie jeździć Twizy. Co ciekawe, na tylne siedzenie, które wygląda niepozornie i wymusza na pasażerze pozycję oplatającą kierowcę, bezproblemowo wchodzi dorosła osoba. Z małymi problemami przy wsiadaniu, udało mi się całkiem wygodnie przewieźć kolegę, który ma 195 cm wzrostu – byliśmy w szoku.

Autko ma napęd na tylną oś. Na suchym jednak nie polatamy bokiem – niezbyt duża zrywność i moc, nie pozwalają na to, przynajmniej na suchej nawierzchni. Na oblodzonej ulicy, na pewno by się dało. A jak nie, to wymyśliłbym coś, żeby się dało :) Twizy to nie pierwszy mały elektryk, którym miałem okazję jeździć. Jeździłem m.in. Mitsubishi i-MiEV, który jest po prostu smutnym samochodem, w porównaniu do Twizy. Jest tak dlatego, że on udaje samochód. I to nieudolnie, bo jakość materiałów, sposób prowadzenia, ogólne wrażenie w tego typu samochodach są po prostu zupełnie inne. Dużo gorsze. Więc jeśli taki i-MiEV udaje poważny samochód, to automatycznie traktujemy go poważnie i porównujemy do poważnych samochodów danego segmentu, gdzie okazuje się bezsensownym autem.

W przypadku Twizy, czujemy, że nie udaje on pełnowartościowego samochodu dla rodziny, więc sami zaczynamy patrzeć na świat z przymrużeniem oka. Dzięki temu możemy czerpać radość z jazdy tym pojazdem. A radość czerpie nie tylko kierowca. Nigdy nie poznałem więcej ludzi jednego dnia, niż wtedy, gdy przemieszczałem się po stolicy, Twizy. Wzbudza on ogromne zainteresowanie. Starsi, młodzież, dzieci – wszyscy się uśmiechają, pokazują palcami, fotgrafują, wypytują… Ludzie wpuszczają Cię, ustępują pierwszeństwa. Reakcje są zdecydowanie weselsze, a zainteresowanie większe, niż w przypadku jakiegoś wypasionego Porsche. Może dlatego, że Twizy nie onieśmiela, jak to ma zazwyczaj miejsce w przypadku supersamochodów.

Twizy wygląda przyjaźnie i nietypowo – kosmicznie. Każdy chce go zobaczyć, dotknąć, poznać. Dodatkowym urokiem są otwierane do góry drzwi, prawie jak w Lambo i efektownie wyglądający tył auta, bez szyby. Oczywiście są też minusy. Samochód nie posiada bocznych szyb, ogrzewania, a przednia wycieraczka zbiera wodę z 50% powierzchni szyby czołowej. Jednak pamiętajmy o jednym, ten pojazd nie zamierza być samochodem w rozumieniu przeciętnego kierowcy. To ma być coś więcej niż skuter, oferujące dodatkowo ciekawy design, dach nad głową i modny silnik elektryczny.

Przy cenie zaczynającej się na zachodnich rynkach, od 7 tysięcy euro, uważam to za bardzo fajny gadżet. Jak na pojazd w pełni elektryczny, prowadzący się jak samochodzik, dający mega fun z jazdy i możliwość poznania stu kobiet jednego dnia, po prostu nie jest drogi. Renault zapowiada, że już w przyszłym roku mały Twizy trafi do sprzedaży w polskich salonach. Zobaczymy jaka będzie cena, ale jeżeli podstawowy Twizy będzie dostępny za 30 – 35 tys. zł, to na prawdę wróżę mu sukces. Tylko trzeba się najpierw przejechać, by zrozumieć o co chodzi. Bo wcale nie chodzi o ekologię. Na szczęście.

Artur Ostaszewski

Renault Twizy
Charakter6/10
Fun8/10
Osiągi4/10
ZZZ (zgodny z założeniem)9/10
Ogółem27/40
Czy bym kupił?TAK

Dyskusja

komentarzy

Artur Ostaszewski

Artur Ostaszewski

Od lat dziennikarz motoryzacyjny, od dziecka pasjonat samochodów. Ma całą kolekcję kultowych, corocznych katalogów "Samochody Świata". Do tej pory kupuje gumy "Turbo" na Allegro. Od 18-go roku życia pisze do różnych tytułów, a od kilku lat pracuje również w TVN Turbo. Prowadził najróżniejsze motoryzacyjne perełki - od Malucha, czy Wartburga z lat 60-tych, po Lambo i SLS-a. Zwolennik tylnego napędu, przeciwnik ekologii w motoryzacji.