Test: Mini Cooper S – redukcja i ogień!

Mocny benzynowy silnik włożony pod maskę niedużego hatchbacka brzmi jak pomysł na dobrą zabawę. Szczególnie wtedy, gdy z tyłu jest napisane Mini Cooper S.

Mój test elektrycznego Mini Coopera SE to tekst, do którego chyba najczęściej się odwołuję. To dlatego, że było to moje pierwsze zetknięcie z marką Mini. Na własnych palcach, stopach i kręgosłupie poczułem co oznacza ‘gokartowa frajda z jazdy’ i nawet powstał o tym krótki test wideo. Ale czy aby na pewno frajda z jazdy? Przypominam, że wtedy była to wersja elektryczna i nie do końca chciało mi się wierzyć, że nie odbiega zwinnością od spalinowca. Tam jazda zakrętami nie była aż takim przełomowym doświadczeniem, bo została przyćmiona walorami (i wadami) napędu elektrycznego. W tym roku umówiłem test klasycznego Coopera S, by sprawdzić raz jeszcze o co tak naprawdę chodzi w Mini.

Design na bogato

Kto raz natrafił na Mini i mu się spodobało, nie bardzo ma na rynku alternatywę. Pozycjonowanie w segmencie premium i wyrazisty, rozpoznawalny design skutecznie buduje grupę wiernych klientów marki. Klucz do atrakcyjności wyglądu każdego nowego Mini pozostaje ten sam – okrągłe reflektory z przodu, ‘wiszący’ dach, prawie pionowa, zaginana na boki przednia szyba i zgrabny tył z krótkim zwisem. Wraz z kolejnymi liftingami i generacjami przybywa tylko detali, a takie rzeczy jak oświetlenie są unowocześniane.

Przyznam się, że w kolejnych modernizacjach i liftingach zgubiłem się w okolicach roku 2015, więc musiałem dokładnie przestudiować jakie zmiany producent zaoferował na rok 2021/22. Mini po prostu takie jest – niby ciągle to samo, ale za każdym razem czymś zaskoczy. Odbierając samochód miałem przeczucie, że to chyba nie to samo co rok temu. Tak mi podpowiadały felgi – nie widziałem takich na żadnym Mini do tej pory. Okazało się, że słusznie, bo wzór Pulse Spoke 18″ wszedł do gamy wraz z ostatnią modernizacją. Przód też jest inny – pas przedni przybrał formę single-frame , więc obejmuje nie tylko przednią tablicę i grill, ale także dolny wlot. Światła przeciwmgłowe pożegnały się z przednim zderzakiem, więc przód jest teraz bardziej czysty niż przed liftem. Z tyłu także jest mniej świateł, bo z dołu zniknęły przeciwmgłowe, ale centralny wydech nadal informuje obserwatorów, że to Cooper S.

Mini Hatch 4,5d

Tak jak na ogół zmiany zewnętrzne oceniam na plus, tak w sprawie sylwetki mam więcej powodów do narzekania. Przede wszystkim ten samochód niby jest pięciodrzwiowy, a jednak tylna para drzwi wprowadza najwięcej chaosu. Samochód wydaje się nienaturalnie wydłużony, a przy tym tylne drzwi są za krótkie w stosunku do przednich. Rozumiem jednak dlaczego tak się stało. Po prostu gdyby zrobili te drzwi normalnej wielkości to proporcje całego nadwozia byłyby skopane. Teraz są dosłownie na granicy. Ideałem proporcji wciąż pozostaje Mini Hatch 3d, ale pewnie jest sporo ludzi, którzy będą od czasu do czasu potrzebować więcej praktyczności.

Dodatkowa para drzwi to w pewnym sensie wygoda, choć w tym przypadku nie aż tak duża. Otwór jest po prostu zbyt mały i dorosła osoba może mieć problem zająć wygodnie miejsce na tylnej kanapie. Gdy już siedzi wcale nie jest kolorowo, bo miejsca tam niewiele. Mimo to i tak mogą tu usiąść osoby wyższe niż w wersji 3d.

Technologia i retro w jednym? tak!

Pasażerowie z przodu mają o niebo lepsze warunki, ale to kierowca w tym samochodzie jest na piedestale. Na szczęście tylko metaforycznie, bo fotel jest nisko, sportowo. Wnętrze testowanego egzemplarza było w mojej ulubionej linii stylistycznej Mini Yours. Oznacza to, że wykończenie poszło w kierunku elegancji, a nie tylko sportu. Fotele pokryte wysokiej jakości skórą robią wrażenie wyglądem i równie dobrze się w nich siedzi. Przed nosem kierowca ma koło bez żadnych bzdurnych podcięć u dołu. Tuż za nim znajdziemy manetki do zmiany biegów – taka przyjemność kosztuje 8900 zł, ale nie jest koniecznością. Bardzo mi się podoba, że można mieć automat bez manetek – to chyba dla mnie, bo nigdy ich nie używam.

Wnętrze Mini to raj dla estetów, ale nie jest pozbawione wad. Przede wszystkim ekran za kierownicą jest okropny, wygląda tanio i kompletnie tu nie pasuje. Przed liftem Cooper S miał tradycyjne zegary, a tylko elektryk był z ekranem. Teraz niestety ekranoza dotknęła też opisywaną wersję, ale na szczęście można tego uniknąć, jeśli ominie się przy konfiguracji pakiet Connected Plus. Druga rzecz to wyświetlacz head-up na dedykowanej szybce – przeżytek. Nie wierzę, że BMW nie ma technologii, by ogarnąć wyświetlanie na szybie czołowej. Być może chodzi o nietypowy kształt tej szyby? No i miejsce na smartfona w podłokietniku to wyjątkowa bzdura. Na mojego jest o 3 mm za małe, więc kitrałem telefon do cupholderów, a chyba nie o to chodzi.

Mimo tych kilku niedociągnięć Mini od wewnątrz sprawia niezwykle pozytywne wrażenie. Głównie chodzi o materiały, po których czuć wysoką jakość. Jest tu jednocześnie retro i technologia za sprawą ekranu centralnego wkomponowanego w ogromny okrąg. System ma świetną grafikę i responsywność, ale intuicyjna obsługa to nie jest jego mocna strona. To dziwne, bo przecież to nic innego jak zmodyfikowany iDrive, czyli wzór dla całej reszty. W tym wydaniu ewidentnie coś poszło nie tak. Cieszą poliftowe smaczki – ładniejsze przyciski na kierownicy i odświeżone skrajne nawiewy.

Zwinniejszy niż Mini Cooper SE?

To najważniejsze pytanie, które zadawałem sobie od roku. Czy Mini Cooper na benzynę jeździ przyjemniej niż elektryczny? Poprzeczka jest ustawiona wysoko, bo SE sprawił mi naprawdę mnóstwo frajdy. Odpowiedź brzmi: i tak i nie. Benzynowy Cooper S na pewno nie jest tak rakietowo szybki jak elektryczny. Wysoki moment obrotowy wersji elektrycznej dostępny od zera obrotów rozpieścił mnie do tego stopnia, że benzynowe 2.0 turbo uznaję za ślamazarne. Tak to już jest z tymi elektrykami, że psują mózg i potem nic już nie jest takie samo…

DSC 6606 1024x683

Już? Przestaniecie się śmiać wreszcie? No to teraz w czym Cooper S jest lepszy: w jeździe po zakrętach. To definitywnie jest ta gokartowa frajda z jazdy, którą znamy z reklam. Wersja elektryczna z racji zwiększonej masy została trochę tego pozbawiona, a benzynowiec śmiga po łukach z kocią zwinnością. Układ kierowniczy jest odpowiednio sztywny, co irytuje w mieście i przy parkowaniu, ale tuż za miastem oddaje profity. Poza tym benzynowa wersja daje spokój ducha – można nią pojechać nad morze bez zastanawiania się nad zasięgiem. Na ‘niemieckiej autostradzie’ także eSka będzie górą, bo przekracza 200 km/h, gdy elektryk kończy na 150 km/h. No i dźwięk jest przyjemny, choć chyba w trybie Sport troszeczkę podbijany przez audio Harman/Kardon.

Pozostaje kwestia zawieszenia. Jest sztywno, ale nie jakoś tragicznie. Dla chętnych za 1800 zł można dobrać zawieszenie adaptacyjne sparowane ze zmiennymi trybami jazdy. Jak zawsze – polecam dla większej uniwersalności i odporności na kiepskie drogi.

Mini to nagroda, nie konieczność

To nie jest samochód dla skąpców. Nie kupuje się go robiąc rachunki i wyliczenia optymalnych kosztów w Excelu. Ten samochód kupuje się, bo się chce go mieć. A to sprawia, że producent może dyktować dowolnie absurdalne ceny i nadal będzie miał zainteresowanie. Ten wstęp to pokrótce uzasadnienie cennika, bo nie jest tanio. Patrząc na czyste cenniki bez rabatów Cooper S z tym automatem DCT zaczyna się od 122 900 zł. Samo wybranie linii stylistycznej Yours dodaje do rachunku 20 300 zł. Miłe zaskoczenie, że bez dopłat można wybrać jeden z wielu ciekawych lakierów, a także kontrastowe malowanie dachu. Wyjątkiem jest tylko dach Multitone, w którym kilka barw płynnie się przenika i nie ma na świecie dwóch identycznych Mini z takim rozwiązaniem. Na deser można dobrać pasy na masce, których jednak nie jestem miłośnikiem.

DSC 6571 1024x683

Podsumowując, żeby Mini było fajne to musi mieć sporo dodatków. Dlatego cena podstawowa to jedno, ale ostateczna konfiguracja to drugie. Pozytywnie zaskoczyłem się dość rozsądnie wycenionymi opcjami (wiele z nich bezpłatnych), ale ich mnogość sprawia, że rachunek przy kasie i tak jest konkretny. 167 100 zł za samochód miejski to jednak sporo, nawet jeśli pod maską jest 2.0 turbo na benzynę.

W tym miejscu powinienem porównać te ceny do konkurencji, ale problem w tym, że nie ma konkurencji. Właściwie jest jedno takie auto – Audi A1. Może być jeszcze mocniejsze (207 vs 178 KM), ale stylem nawet nie zbliża się do żadnego Mini. Poza tym jest równie drogie.

Podsumowanie

Obecna generacja Mini hatch jest z nami od 2013 r., ale nie widać po tym samochodzie upływu czasu. Nadal ma świetny styl i jest uzupełniane kolejnymi liftingami, by było wciąż na bogato. Nie jest to samochód wolny od wad, ale to wcale mu nie przeszkadza wzbudzać słuszne pożądanie. No i wreszcie przekonałem się jak wypada Cooper S na tle elektrycznego odpowiednika. Którego zabrałbym do domu? Serce mówi elektryk, rozum wybrałby benzynę. Niezależnie od ostatecznego wyboru to sytuacja win-win. Każde Mini jest świetne. Nawet jak ma o jedną parę drzwi za dużo.

Bartłomiej Puchała

Wygląd:%name (9 / 10)
Wnętrze:%name (5 / 10)
Silnik:%name (9 / 10)
Skrzynia:%name (9 / 10)
Przyspieszenie:%name (9 / 10)
Jazda:%name (10 / 10)
Zawieszenie:%name (8 / 10)
Komfort:%name (6 / 10)
Wyposażenie:%name (9 / 10)
Cena/jakość:%name (5 / 10)
Ogółem:%name (79/100)

Galeria MINI Cooper S

Dane techniczne MINI Cooper S:

Silnik: R4, benzynowy z turbo
Pojemność: 1998 cm³
Moc: 178 KM przy 5000 obr./min.
Maksymalny moment obrotowy: 280 Nm przy 1350-4200 obr./min.
Skrzynia biegów: DCT-7 z łopatkami
Napęd: przedni
0-100 km/h: 6,8 s
V-max: 235 km/h
Zbiornik paliwa: 44 l
Cena: Cooper S od 122 400 zł, egzemplarz testowy 167 100 zł

Dyskusja

komentarzy

Bartek Puchała

Nie jest fanem szybkiej jazdy. Dużo większą przyjemność sprawia mu płynność prowadzenia. Dziennikarstwo motoryzacyjne to dla niego zabawa i hobby, choć marzy o przejściu na zawodowstwo. Miłośnik youngtimerów i sleeperów oraz kultowego już Top Gear - posiadacz wszystkich wydanych numerów polskiej wersji magazynu. Na co dzień upala prawie trzydziestoletnie W124.