Pierwsza jazda: Suzuki Ignis – więcej cukru w cukrze?

Suzuki przypomina nam ostatnio swe nazewnictwo sprzed lat. Od jakiegoś czasu możemy kupić nowe Baleno, a teraz przyszła pora na “wskrzeszenie” Ignisa.

 

Nowy Ignis, podobnie jak poprzedni, jest niewielkim, lekko uterenowionym autem. Tym razem otrzymał jednak o wiele większą dawkę charakteru i… kontrowersyjną stylizację. Pudełkowate nadwozie z nietypowo stylizowanym tyłem nie każdemu przypadnie do gustu. Można spotkać się z bardzo różnymi opiniami na temat wyglądu Ignisa – od tych skrajnie krytycznych po bardzo pochlebne, podkreślające “uroczy” charakter samochodu.

Jedno trzeba przyznać – nowe Suzuki jest “jakieś” i ciężko znaleźć na ulicy drugi podobny samochód. A gdyby nawet się udało… Ignisa można jeszcze bardziej indywidualizować, zamawiając nie tylko jeden z 10 odważnych lakierów, ale i pakiet dwukolorowy, obejmujący malowanie dachu w kontrastowym kolorze.

 

ignis_6

 

Według przedstawicieli marki, ten model to “mikrokompaktowy SUV”. Ze swoją długością, wynoszącą 3700 mm, jest mniej więcej pomiędzy klasami A i B, ale wyróżnia się prześwitem. 18 centymetrów to wynik lepszy, niż w wielu większych i poważniejszych SUVach. Trzeba zaznaczyć, że mimo skromnych wymiarów zewnętrznych, Suzuki nie kłamało, mówiąc o zaskakująco dużej ilości miejsca w środku. Zarówno z przodu, jak i z tyłu nawet wysocy pasażerowie nie poczują się, jakby jechali za karę. Dzięki szerokiemu kątowi otwarcia drzwi odpada częsty w małych, pięciodrzwiowych autach problem z kłopotliwym wsiadaniem i wysiadaniem. Tylna kanapa jest za to dzielona i ruchoma, dzięki czemu można powiększyć bagażnik lub zwiększyć ilość miejsca na nogi pasażerów.

Kierowca Ignisa także nie ma na co narzekać. Nie tylko siedzi na wygodnym fotelu (warto zwrócić uwagę na długie, jak na azjatycki samochód, siedzisko), ale i jego otoczenie prezentuje się bardzo estetycznie. Odważna, ładna stylizacja kokpitu z modnym ostatnio “doczepianym” ekranem i charakterystycznym panelem przycisków w stylu lotniczym (lub w stylu Mini), to mocny punkt tego samochodu. Miło zaskakują interesująco podświetlane zegary, kierownica nieźle leży w dłoniach, a i pod względem ergonomicznym niewiele da się Suzuki zarzucić. Jakość i spasowanie plastików są w porządku, jeśli pamiętamy o klasie samochodu.

 

ignis_4

 

W kwestii jazdy Ignis także nie ma się czego wstydzić. Pod jego maską pracuje nietypowy w dzisiejszych czasach, czterocylindrowy, wolnossący silnik. Z dość niewielkiej pojemności (1.2 litra) udało się wykrzesać dużą, jak na gabaryty auta moc 90 KM. Taka moc w połączeniu z bardzo niską masą własną auta (810 kg) sprawia, że nie tylko w mieście, ale i poza nim, małemu Suzuki nie brakuje wigoru. Silnik przyjemnie brzmi i chętnie wkręca się na obroty, dobrze współpracując z pięciobiegową, manualną skrzynią (przekładnia zautomatyzowana będzie dostępna w późniejszym terminie).

Miło zaskakuje także zawieszenie, które przyjemnie wybiera nierówności. W zakrętach auto zachowuje się pewnie i nie straszy pasażerów nadmiernymi przechyłami. Bonusem jest rozsądne spalanie. Podczas około 100 km testu, odbywającego się zarówno na malowniczych, krętych i stromych drogach województwa świętokrzyskiego, jak i na drodze ekspresowej, Ignis zużył jedynie 6.8 litra benzyny.

 

ignis_5

 

Zachęciłem Was? Pora na mały kubeł zimnej wody, czyli cennik.

Auto jest produkowane w Japonii. To może być zaletą dla wielu kupujących, ale wiąże się także z nałożeniem nań cła. W związku z tym, na najtańszą wersję, nazwaną tu Comfort, należy przeznaczyć co najmniej 49 900 zł. Jeżeli mamy ochotę na takie dodatki jak m.in. system multimedialny z kamerą cofania, podgrzewane przednie fotele czy felgi aluminiowe, musimy zdecydować się na odmianę Premium, która kosztuje co najmniej 54 900 zł. Tu ciekawostka – można zamówić ją także z napędem na cztery koła All Grip. Wówczas cena wynosi 61 900 zł. Takie auto może okazać się przydatne w terenach górskich. Najdroższa wersja Elegance, wyposażona m.in. w reflektory LED (niestety, mogłyby świecić lepiej), system bezkluczykowy czy układ utrzymania pasa ruchu to wydatek co najmniej 61 900 zł.

 

ignis_3

 

Od stycznia 2017 r. będzie można tę wersję zamówić także z układem SHVS, nazywanym Smart Hybrid. To nic innego, jak alternator zespolony z rozrusznikiem, którego zadaniem jest wspieranie silnika przy przyspieszaniu oraz odzyskiwanie energii przy hamowaniu, co ma zmniejszyć zużycie paliwa.

Ignis nie jest więc tani, ale to ciekawa propozycja. Przyjemnie jeździ, niewiele pali i może być przydatny także poza asfaltem. Nie każdy pokocha jego design, ale jeśli już tak się stanie, ten lifestyle’owy maluch będzie dał się lubić.

Mikołaj Adamczuk 

 

ignis_2

 

Dziękujemy Suzuki Polska za zaproszenie na prezentację!

 

Dyskusja

komentarzy

Mikołaj Adamczuk

Mikołaj Adamczuk

Pasjonat motoryzacji od dziecka. Uczył się czytać na katalogach „Samochody Świata”, a jego pierwsze słowa to podobno „dwusprzęgłowa przekładnia automatyczna”. Na Wartburgi kiedyś mówił „cham”, zanim mama nie wytłumaczyła mu, że chodziło jej o kierowcę, a nie o samochód. Zapisuje wszystkie modele aut, które prowadził (powoli zbliża się do trzystu). I chociaż na jego liście jest wiele mocnych i drogich pojazdów, to zadziwiająco dużą radość z jazdy dały mu też Fiat Uno 0.9 i Citroen Berlingo z wolnossącym dieslem. Lubi hot hatche, chociaż coraz częściej myśli też o wielkiej, wygodnej limuzynie – czy to już starość? Po godzinach wraz z dwoma kolegami rozkręca bloga: www.fahrwerk.pl