Filtry cząstek stałych – utrapienie kierowców

Wystarczy wejść na forum miłośników jakiejkolwiek marki, żeby bez problemu znaleźć dział zatytułowany „jak pozbyć się   tego ustrojstwa?”. Producenci aut postanowili uszczęśliwić ekologów, nie wzięli jednak pod uwagę zdania kierowców. O czym mowa? O filtrze cząstek stałych –bezsensownym i drogim w serwisowaniu a montowanym we wszystkim współczesnych dieslach – urządzeniu ograniczającym emisję CO2 do naszej atmosfery. Tylko bezkrytyczni miłośnicy zielonej trawki i jazdy na rowerze, nawet w środku zimy, docenią ten idiotyczny wynalazek.

Ekologia popsuła diesle

Każdy opuszczający fabrykę samochód z silnikiem diesla musi być wyposażony w taki filtr. Dlaczego? Producenci za wszelką cenę chcą sprostać wyśrubowanym normom emisji spalin. Teraz mamy normę Euro IV, za chwilę będzie to już Euro V. Samochody niespełniające tych wymogów nie mogą wjeżdżać do niektórych centrów miast Europy Zachodniej, np. Berlina. Także na zachodzie, w przypadku takich aut, ceny OC stają się coraz mniej przyjazne dla kieszeni. Dobrze, że póki co nie mamy tego w Polsce. Nie należy się jednak łudzić. Myślę, że sztywne przepisy UE oraz nacisk Brukseli – wywierany na nasze władze- szybko dostosuje nasze przepisy do norm europejskich. Co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego? W Polsce zdecydowana większość samochodów jest zaawansowana wiekiem, a co za tym idzie, spełnia w większości normę Euro II. Obowiązkowe ubezpieczenia OC mogą więc gwałtowanie zdrożeć. Nie sądzę jednak, by spowodowało to lawinowy wzrost sprzedaży aut nowych.

Polacy bardzo lubią diesle. Moda na „klekoty” utrzymuje się od lat i ma tendencję zwyżkową. Jako naród jesteśmy chyba na bakier z ekonomią. Nie bierzemy pod uwagę kosztów napraw (wymiany: wtryskiwaczy, turbin, kół dwumasowych). Interesuje nas tylko spalanie, które wcale nie musi być dużo niższe, niż w porównywalnej benzynie. Zapominamy o tym, że diesel ma sens dla kierowców robiących większe przebiegi. W przypadku jazdy po mieście, na małych dystansach, wybór wersji wysokoprężnej jest nietrafiony. Przy niskich temperaturach taki silnik nie jest nawet w stanie się nagrzać, co może mieć duży wpływ na bezawaryjność.

Diesle lubią puszczać „dymek” podczas przyspieszania lub jazdy po wzniesieniach. No i dochodzimy do meritum sprawy. Filtr cząstek stałych ma zatrzymywać sadzę. Samochód w niego wyposażony nie wypuszcza z rury wydechowej czarnego dymu. Brzmi dobrze? Tak, ale jest haczyk. Sprzedawcy w salonach zachwalają ekologię nowoczesnych diesli. Zapominają jednak poinformować o kłopotliwej eksploatacji wysokoprężnej jednostki wyposażonej w DPF lub FAP.

Producenci przewidzieli żywotność filtrów cząstek stałych na 80 – 100 tys. kilometrów. Niejednokrotnie dzieje się tak, że w polskich warunkach filtry odmawiają dalszej współpracy już po połowie deklarowanego przebiegu. Czasami zapchany cząstkami sadzy filtr wystarczy wyczyścić. Można to zrobić na dwa sposoby; przejeżdżając się po autostradzie lub drodze szybkiego ruchu z większą prędkością obrotową ( łapiąc przy okazji kilka mandatów ) lub udając się do serwisu ( po takiej operacji nasz portfel na pewno boleśnie to odczuje).

Mając na pokładzie swojego auta DPF musimy nastawić się na bardziej kłopotliwą eksploatację. Pomijając już czyszczenie, trzeba liczyć się z częstą wymianą oleju ( w warunkach tylko miejskich, w niektórych przypadkach nawet co 2 -3 tys. km). Sam olej też musi być specjalnej (czytaj droższej) klasy C3 – niskopopiołowej. Koszty niebagatelne, chyba że często podróżujemy poza miastem. Choć na polskich dziurawych, wąskich drogach, gdzie wyprzedzanie jest gehenną, a ruch stale bardzo duży, filtr cząstek stałych i tak przyniesie sporo problemów eksploatacyjnych. Przejdźmy teraz do cen. Wymiana filtra na nowy w autoryzowanym serwisie to wydatek rzędu od 3 do 12 tysięcy złotych.

Skoro filtry są wadliwe i niedostosowane do polskich realiów, ich wymiana jest droga i nieprzewidywalna ( częściej wymieniają mniej jeżdżący kierowcy), to może chociaż oszczędzają środowisko? Otóż nie. Te same silniki pozbawione filtra produkują tylko minimalnie więcej dwutlenku węgla. A nie możemy przecież zapominać o produkcji i utylizacji filtrów, które na pewno do ekologicznych nie należą.

W Polsce pojawiło się wiele firm wyspecjalizowanych w trwałym usunięciu tego ustrojstwa. I właśnie w takie miejsce udałbym się z moim nowym samochodem, wyposażonym w filtr cząstek stałych. Na szczęście – Polak potrafi.

Dyskusja

komentarzy

Konrad Stopa

Konrad Stopa

Motopasjonat z krwi i kości. Od najmłodszych lat jego ulubioną zabawą było zgadywanie samochodów po dźwięku silnika. Najlepszym prezentem na gwiazdkę, o czym wiedzą najbliżsi, niezmiennie jest prasa motoryzacyjna z całego roku. Pisze dla Was z humorem i pewną dozą uszczypliwości, ciesząc się z każdego komentarza pod swoimi tekstami.