Chińczycy zaszokowali cenami swojego elektrycznego samochodu. „Porsche” z Kraju Środka można kupić za naprawdę przystępną cenę, a dokładniej mówiąc, jego cennik otwiera kwota około 120.000 złotych. Jednak pojawia się pewien szkopuł – możemy nim daleko nie zajechać.
Co kieruje ludźmi kupującymi nowy samochód? Oczywiście po pierwsze chęć jeżdżenia nowoczesnym, zgrabnie wyglądającym samochodem, na który w danym momencie kupujący może sobie pozwolić. Jednak równie ważna jest pewność, że taki pojazd posłuży nam dobre kilka lat zanim będziemy musieli dokonać jakiś poważniejszych napraw. Łatwo przejechać się na zakupie samochodu używanego, więc kupując nówkę człowiek powinien być spokojny. No właśnie powinien, a wyjeżdżając z salonu nowym Xiaomi SU7 możesz już dzwonić po lawetę.
Xiaomi SU7 cieszy się w Chinach sporą popularnością i firma dostarczyła w przeciągu ostatnich 7 miesięcy ponad 10.000 egzemplarzy tego modelu. Sportowe osiągi, świetny wygląd oraz atrakcyjna cena brzmią jak piękny sen, jednak dla wielu właścicieli zmienił się on w koszmar. Wielu z nich miało poważne problemy ze swoimi samochodami wkrótce po ich odebraniu.
Jednym z nich jest Pan Wen, który dzień po odbiorze samochodu jadąc autostradą doznał szoku, gdyby jego elektryk wyzionął ducha. Na zestawie cyfrowych wskaźników pojawił się komunikat, że samochód wkrótce się zatrzyma i system sugerował jak najszybsze zjechanie na pobocze oraz kontakt z serwisem. Następnie pojawiła się informacja o uszkodzonym układzie napędowym i samochód nie mógł przełączyć się z biegu wstecznego w tryb „drive”.
Xiaomi SU7 padło szybciej niż jego akumulator
Gdyby sytuacja dotyczyła leciwego samochodu, to pewnie odbiłaby się bez echa, jednak Pan Wen pokonał swoim elektrykiem zaledwie 39 km. Jednak to nie był koniec przygód pechowego nabywcy elektryka. Po zabraniu samochodu lawetą oraz przewiezieniu do dealera pojawił się kolejny problem. Mianowicie specjaliści na miejscu nie umieli zdiagnozować problemu i poinformowali właściciela, że należy odesłać samochód do fabryki, aby dowiedzieć się, co jest nie tak.
Pan Wen był jednak innego zdania i uznał, że nie chce naprawiać samochodu. Zamiast tego zażądał zupełnie nowego SU7. Pojawił się jednak kolejny problem – nie było to możliwe, ponieważ wszystkie obecnie montowane modele miały już przydzielonych właścicieli. Tym samym pechowiec musiałby złożyć nowe zamówienie. Xiaomi podobno współpracuje z Panem Wen w celu zapewnienia pełnego zwrotu kosztów za wadliwy pojazd i zrekompensowania wszelkich poniesionych wydatków.
Warto także wspomnieć, że to nie jedyny problem z Xiaomi SU7. Niedawno Chińczycy przyznali, że system automatycznego hamowania awaryjnego (AEB) przestaje działać po przekroczeniu prędkości 135 km/h. Co gorsze, pozostaje nieaktywny do czasu wgrania bezprzewodowej aktualizacji. Tak więc, jeżeli kiedykolwiek myślałeś o kupienie tego chińskiego elektryka, to przemyśl to jeszcze raz. Może warto zawczasu dokupić lawetę?

Damian Kaletka
Fot. Xiaomi







