Na rynku znajdziemy kilka samochodów, które na papierze nie mają racji bytu. Jednym z nich jest Volvo EX30 Cross Country, czyli połączenie mocnego elektryka z pakietem terenowym. Brzmi jak dobra zabawka, jednak jest kilka poważnych problemów.
Jak tylko zobaczyłem, że ktoś połączył 428 KM mocy oraz 543 Nm maksymalnego momentu obrotowego z terenowymi oponami, podniesionym zawieszeniem oraz nikomu niepotrzebnym koszem na dachu uznałem, że będzie to ciekawy test. Aczkolwiek zastanawiałem się, czy ktokolwiek zdecydowałby się na zakup takiego samochodu. Przed testem określiłbym EX30 Cross Country bardziej jako zabawkę na krótkie przejażdżki niż samochód, który realnie możemy użytkować na co dzień. Jak ten samochód wypada w praktyce? Oceńcie sami.

Pokręcony wygląd
Wiele pakietów terenowych świetnie wygląda na masywnych SUV-ach czy pick-upach. Jednak kompaktowe crossovery uzbrojone w nieproporcjonalnie duże opony również mogą cieszyć oko. Jednak połączenie tego z zielonymi tablicami… cóż, mam tutaj mieszane uczucia. Niezależnie od mojego podejścia do elektryków samo EX30 Cross Country wygląda naprawdę ciekawie. Na przodzie znalazła się czarna wstawka z wyżłobieniami oraz koordynatami szwedzkich gór, która łączy oba reflektory. Co więcej, same światła nadal mają kształt „młota Thora”, jednak zostały podzielone na sekcje świetlne. Do tego dostajemy wiele masywnych przetłoczeń oraz nadkola i progi boczne wykończone plastikowymi nakładkami. Z kolei z tyłu również dostajemy czarną wstawkę łączącą tylne światła. Całościowo projekt przedstawia się bardzo spójnie i estetycznie.
Jednak testowany przeze mnie egzemplarz otrzymał opcjonalny pakiet Cross Country Experience, który wywraca ten samochód do góry nogami. Dostaliśmy podniesione o 18 mm zawieszenie, 18-calowe felgi obute masywnymi oponami terenowymi czy też opcjonalne chlapacze. Te ostatnie to oldschoolowy bajer, jednak z pewnością docenimy go w terenie. No i wisienką na torcie jest kosz dachowy. Kosz, który wygląda źle, sprawia, że aerodynamika pojazdu postanowiła zostać w fabryce, a także serwuje nam wyjątkowe doznania akustyczne. Sprawia, że nie potrzebujemy elektronicznego kagańca przy 180 km/h. Ten kosz godnie go zastępuje. Jazda powyżej 110-120 km/h staje się katorgą. Jeżeli kupisz taki samochód, to czym prędzej zdemontuj go w cholerę, wrzuć do piwnicy i zapomnij o nim. Zaoszczędzisz sobie nerwów i cierpienia.

Wnętrze nie pachnie Volvo
Wsiadając do EX30 spodziewałem się czegoś więcej niż twardych, aczkolwiek dobrze spasowanych materiałów. Deska rozdzielcza doczekała się specyficznego wykończenia, jednak w pełni pasuje ono do kompaktowego elektryka. Podobnie jak jej minimalistyczny projekt. Nie mogę jednak zrozumieć jakim cudem ktoś w Volvo klepnął projekt tego samochodu, który zakłada pozbycie się zegarów. Byłoby to do przełknięcia gdybyśmy dostali wyświetlacz typu head-up, ale nie. Jedyne na co możemy patrzeć to czujnik od uwagi kierowcy umieszczony za kierownicą. Tak też jeśli chcemy sprawdzić z jaką prędkością jedziemy, to musimy rzucić okiem na wyświetlacz centralny. I tu jest elektryk pogrzebany. System zaczyna manifestować swoją obecność twierdząc, że nie skupiamy się na drodze. Cóż Volvo, skupiłbym się na drodze, gdybym nie musiał uciekać wzrokiem, aby sprawdzić na centralnym ekranie z jaką prędkością jadę.
Jednak nie tylko w tym aspekcie Volvo uznało, że wyruszy wyważać otwarte drzwi. Szyby otwieramy nie przyciskiem umieszczonym na panelu drzwi lecz… na podłokietniku. Moja sadystyczna dusza uśmiechała się, gdy wpuszczałem znajomych do wnętrza tej szwedzkiej pułapki i poprosiłem ich o otwarcie szyby. No przecież to nie może być takie trudne? Może, bo siedzimy w Volvo. Do tego dostajemy regulację fotelem w wielu płaszczyznach za pomocą wyłącznie jednego przycisku. Tak też musimy poświęcić chwilę, aby odkryć jak się nim posługiwać.
No i wisienka na szwedzkim torcie udziwnień, czyli schowek. Ponownie projektanci uznali, że po co zastosować sprawdzone rozwiązanie skoro można zaserwować klientom coś zupełnie nowego. Tak też schowek znajdziemy nie na desce rozdzielczej po stronie pasażera, lecz pod centralnym wyświetlaczem. Do tego otwieramy go przyciskiem na ekranie. Żeby było zabawniej, to ikonka schowka znika podczas jazdy i aby otworzyć schowek musimy wejść w ustawienia samochodu. Tym samym ponownie odrywamy wzrok od drogi. Ponownie zadam to samo pytanie – po co to wszystko? No tak, żeby systemy bezpieczeństwa miały co robić.

Volvo EX30 Cross Country ma także sporo zalet
Po całej tej plejadzie dziwnych zagrywek czas nareszcie pochwalić Szwedów (a może Chińczyków?), bo jest za co. Dostaliśmy wysuwane z podłokietnika cupholdery wraz z dedykowanym miejscem na smartfona. Rozwiązanie jak najbardziej praktyczne. Jeżeli nie potrzebujemy schować w nich napojów, to możemy je wsunąć i cieszyć się większą przestrzenią w kabinie. Do tego mamy specyficzną otwieraną półeczkę w tunelu środkowym, pod którą ukryto porty USB. Z kolei z tyłu znajdziemy wyjmowaną szufladkę wykończoną w szwedzkim motywie z łosiem – fajny akcent i szwedzka dbałość o szczegóły. Poza tym dostajemy zbawienny system audio Harmen&Kardon wraz z ogromnym soundbarem rozciągającym się wzdłuż podszybia. Nie dość, że serwuje nam świetnej jakości dźwięk, to jest jedyną deską ratunku, gdy musimy wybrać się tym samochodem na autostradę. Rozwalamy muzykę na fulla, nie słyszymy cholernego kosza i nie pozostaje nam nic innego jak napawać się ciszą. Przecież jedziemy elektrykiem, więc nie będziemy słyszeli silnika spalinowego, czy nawet naszych myśli.
No i mamy rzecz jasna centralny wyświetlacz. Ekran bazuje na systemie android automotive, dzięki któremu nie musimy podłączać naszego telefonu, lecz śmiało możemy korzystać z map Google, czy tez innych aplikacji. Nie mogę nic mu zarzucić, jest prosty i intuicyjny w obsłudze, aczkolwiek nie możemy go używać podczas jazdy, bo inaczej zwyzywają nas systemy bezpieczeństwa.
Z kolei na tylnym rzędzie dostajemy minimalistyczną przestrzeń, gazetowniki, dodatkowe haczyki, duże schowki w drzwiach oraz dodatkowe schowki przy fotelach. Nie mamy za to podłokietnika z cupholderami. A co z bagażnikiem? Z tyłu zdołamy pomieścić naturalnie 318 litrów, zaś po złożeniu tylnych siedzeń wynik ten wzrasta do 904 litrów. Do tego dostajemy dwupoziomową podłogę czy też gniazdko 12V. Jest oczywiście także bagażnik pod maską. Jednak jest on bardziej iluzoryczny, gdyż pomieści zaledwie 7 litrów. Tym samym wrzucimy do niego wyłącznie kable lub drobne pierdoły. W moim przypadku wrzuciłem tam kilka zniczy na wszystkich świętych. Ot, symboliczne uczczenie pamięci uśmiercanych silników spalinowych.

Świetne przyśpieszenie i off-road z agregatem
Wszystkie te rzeczy schodzą na dalszy tor, gdy wciśniemy pedał gazu w podłogę. Dwa silniki elektryczne przekazują 428 KM mocy oraz 543 Nm maksymalnego momentu obrotowego na wszystkie koła. Dzięki temu elektrycznemu tandemowi pierwsza setka wskoczy na licznik w zaledwie 3,7 sekundy. Oczywiście to o 0,1 sekundy wolniej niż topowa wersja zwykłego EX30. Niestety ten cholerny kosz, podniesione zawieszenie oraz opony terenowe zrobiły tu swoje. Tak więc dostajemy nieziemskie przyśpieszenie, a dzięki nisko położonemu środkowi ciężkości samochód jest wręcz przyklejony do asfaltu. Poprawka, byłby, gdyby nie te terenowe opony, które na mokrym asfalcie potrafią stracić przyczepność. Prawdziwy pazur samochód pokazuje w terenie. Możemy śmiało wyjechać poza utwardzone drogi i nadal pędzić 50 km/h. Zawieszenie świetnie radzi sobie z nierównościami, a precyzyjny układ kierowniczy oraz dobra przyczepność pozwalają nam zapanować nad elektrykiem nawet na szutrze.
Tym samym dostajemy świetną rajdówkę i idealną zabawkę na wypożyczenie. Ale czy ten samochód sprawdziłby się w codziennym użytkowaniu? Niekoniecznie. Jego akumulator o pojemności 69 kWh pozwala nam rzekomo przejechać 574 km w mieście oraz 427 km w cyklu mieszanym. Oczywiście zapomnijmy o tych wartościach. Podczas jazdy miejskiej zużywałem 17 kWh, jednak moje zużycie często przekraczało próg 19 kWh. Oczywiście mówimy tutaj o spokojnej jeździe. Gdybyśmy chcieli wykorzystywać potencjał tego samochodu i jeździć dynamicznie, to zużywalibyśmy około 25 kWh. Szczerze mówiąc podczas jazdy miejskiej zdołałbym przejechać maksymalnie 360 km, co znacząco odbiega od deklarowanych 574 km. Na krajówce uzyskałem najlepsze wyniki, gdzie elektrykowi wystarczyło zaledwie 15.3 kWh.
Recenzja Volvo EX30 Cross Country na filmie:
No a co z autostradą? Tutaj mam pewien problem. Odebrałem EX30 rozładowane i aby wrócić nim od Łodzi musiałem wrzucić je na ładowarkę. Tak zostałem pozytywnie zaskoczony, gdyż podłączyłem go do wtyczki o mocy 145 kW i moim oczom przez długi czas ukazywał się wynik na poziomie 141 kW. Nieźle jak na niewielkiego elektryka o maksymalnej mocy ładowania 158 kW. Oczywiście moc z czasem zaczyna spadać, jednak nie spędzimy wieków na ładowarce. Finalnie, gdy wbiłem miejsce docelowe na nawigacji pokazało mi, że mając 60 procent, to zdołał dojechać do celu pozostawiając 20 procent akumulatora. Ok, biorąc pewną rezerwę uznałem, że jest to wykonalne.
Wyruszyłem więc w drogę. Jednak ze względu na ten cholerny kosz oraz zasięg znikający z każdym mrugnięciem oka jechałem maksymalnie 110-120 km/h. Już wtedy miałem zużycie na poziomie 26 kWh, a przy prędkości autostradowej bez problemu przekroczymy próg 30 kWh. Jak na takiego elektryka jest to wynik zdecydowanie za wysoki, nawet, gdy weźmiemy pod uwagę listopadowe przymrozki. Moja decyzja okazała się zbawienna, gdyż gdy dotarłem do zjazdu na Łódź oddalonego od mojego miejsca docelowego o kolejne kilkanaście kilometrów miałem już tylko 9 procent zasięgu. Tak więc, jadąc 110-120 km/h na dystansie 117 km zużyłem aż 51 procent. Zdecydowanie za dużo. Do tego obliczenia nawigacji, która doskonale wiedziała, że będę poruszał się po autostradzie były co najmniej nietrafione.

Volvo EX30 Cross Country nie rozpieszcza cenowo
Tutaj również nie jest kolorowo. Tak jak podstawowe EX30 kosztuje „zaledwie” 169.990 złotych, to już za wersję ultra zapłacimy 226.990 złotych. Dorzućmy drugi silnik elektryczny, a wywindujemy cenę do 248.990 złotych. No i finalnie czas na wariant Cross Country, który występuje wyłącznie w wersji Ultra i jego cennik otwiera kwota 259. 990 złotych. To już sporo. Oczywiście względem dwusilnikowego EX30 w wersji ultra wydatek dodatkowych 11.000 złotych nie jest porażające, jednak sama kwota już tak. Zwłaszcza, że testowany przeze mnie egzemplarz otrzymał pakiet Cross Country Experience, którego nie ma w oficjalnym cenniku, a także kilka dodatków. W efekcie czego testowane przeze mnie EX30 kosztowałoby około 300 000 złotych. Kupa forsy jak na niewielkiego elektryka.
Patrząc na te wszystkie wady można dojść do wniosku, że Volvo EX30 Cross Country nie ma racji bytu. Jednak ten pakiet terenowy sprawia, że dostajemy samochód widowiskowy, zwariowany, a przede wszystkim wielozadaniowy. Możemy nim pędzić po szutrze, drogach leśnych asfalcie, czy też po autostradzie, jednak wtedy nie zapomnijcie o nausznikach. Samochód nie boi się zarówno długich prostych jak i wyboistych dróg. I to jest w nim genialne. Dostajemy fantastyczną rajdówkę na wypożyczenie – o ile pozbędziemy się wcześniej kosza. Wtedy ten samochód dostarcza ogrom frajdy. Zdecydowanie gorzej wygląda szara codzienność, gdzie bardzo często będziemy odwiedzali ładowarki. Chyba, że wybieramy się na safari. Wtedy do tego cholernego kosza wrzucamy agregat, kanistry z benzyną i w drogę. Na bezkresnych równinach i tak nie pojedziemy ponad 100 km/h, więc wtedy nasze nemezis może okazać się przydatne.
Damian Kaletka
Zdjęcia Volvo EX30 Cross Country:












































Dane techniczne Volvo EX30 Cross Country:
Silnik: elektryczny
Moc: 428 KM
Moment obr.: 543 Nm
Prędkość maks.: 180 km/h
0-100 km/h: 3,7 s
Bateria: 69 kWh
Zasięg: 360 km
Cena testowanego egzemplarza: 300 000 złotych
Zajrzyjcie również na nasz kanał na YouTube







