Site icon Motopodprad.pl

Używane: Poleasingowy Opel Insignia 1.6 T 170 KM z przebiegiem 50 000 km cz. 1

Czy warto kupić poleasingowy samochód? Oferta konkretnej Insignii wydaje się dość ciekawa.

Nowy Opel Insignia to wydatek minimum 103 000 zł. Jednak jeśli pod maską ma pracować mocniejszy silnik a w wyposażeniu koniecznie muszą być rozbudowane infomedia to cena rośnie do około 130 000 zł. I wcale nie otrzymujemy wszystko mającego, mocnego auta.

Nowy model jest lżejszy nawet o 175 kilogramów od poprzednika, który swoją drogą bardzo się już opatrzył – a wszystko za sprawą bycia jednym z podstawowych wyborów wszelkiej maści flot. Jednak jeśli ktoś rozsądnie dysponuje swoim budżetem i wie, że najwięcej auto traci na wartości przez pierwsze trzy lata (leasing to też wydatek, co mam wrażenie do niektórych przedsiębiorców nie dociera), to powinien przyjrzeć się ofercie Insignii 1.6 turbo z 2016 roku.

Auto pochodzi z polskiego salonu, miało jednego użytkownika, jest zaraz po trzecim serwisie, więc na dzień dzisiejszy nie wymaga wkładu finansowego. I myślę, że jeszcze długo, poza standardowymi czynnościami, nie będzie wymagało.

Otrzymałem taką Insignię od Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów na 5 dni. Mogłem przyjrzeć się jej z każdej strony i pojeździć w dowolnie wybranym kierunku. O tym, jak sprawuje się Insignia na co dzień napiszę w części drugiej, w której będzie też o modelu, jego słabych i mocnych stronach oraz polecanych silnikach.

Teraz skupmy się na kwestiach zakupowych – jak prezentuje się ten konkretny egzemplarz?

Z historią serwisową bywa różnie, a tu?

Mój ojciec kupił dwa lata temu Hyundaia i40 od konkurencji Alphabetu. Auto, choć pokonało w jego rękach jedynie 27 000 kilometrów, ma już na swoim koncie kilka poważnych napraw. Wymieniono w nim wahacz (wada materiałowa), końcówki drążków (polskie drogi), chłodnicę (dół zardzewiał), sprzęgło i zawór EGR. Szczególnie te dwie ostatnie naprawy mocno wydrenowały kieszeń.

Auto miało przed sprzedażą niestety tylko jedną wizytę w ASO na 58 000 km. Olej wymieniano w nim więc co 30 000 km, co niestety jest bardzo częste w przypadku flot, które nie jeżdżą na wymiany eksploatacyjne częściej niż wynikałoby to z książki przeglądów i gwarancji – najczęściej w przypadku diesli 30 000 km lub dwa lata. A jak wiadomo, interwał 30k to co najmniej o 10k za długi…

Oczywiście nie tłumaczy to awarii sprzęgła czy wahacza, ale drogiego zaworu EGR już tak.

Przed sprzedażą oczywiście firma podzieliła się z ojcem dokładnym opisem auta – historią napraw blacharskich (była jedna), stanem faktycznym blachy za pomocą czujnika, auto miało też certyfikat dobrego stanu technicznego i gwarancję rozruchową. Mimo wszystko, gdyby Staruszek nie lubił tego auta, chyba nie wytrzymałby i go sprzedał. Ja przynajmniej na jego miejscu bym tak zrobił.

Prezentowana Insignia również ma pełną historię serwisową i w jej przypadku można mówić o dużym szczęściu i spokoju na długi czas.

Po pierwsze ma pod maską sprawdzony i chwalony silnik 1.6 turbo napędzany bezołowiową, a o jego stan właściciel dbał terminowymi przeglądami. Mamy wpisy z:

Wszystkie w ASO – najpierw Auto Żoliborz, potem Auto Wola. Auto ma niedawno założone nowe klocki hamulcowe z tyłu. Jest też świeżo po wymianie wszystkich płynów.

Ten silnik ma wytrzymały osprzęt i nie powinien sprawiać większych problemów, ale trzeba zaakceptować fakt, że od 2013 roku, czyli od liftingu, został wyposażony w bezpośredni wtrysk paliwa, więc instalacja LPG nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia (auto spalało by oba paliwa na raz, a sama instalacja jest znacznie droższa od standardowej).

Z zewnątrz auto – zgodnie z dostępnymi materiałami (zdjęcia) – miało kilka małych przygód, głównie rys oraz lekko wgięty próg. Wszystko było likwidowane w ASO.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie sprawdził Opla sam miernikiem. Malowany był prawy błotnik z cieniowaniem na drzwi pasażera oraz tylny lewy błotnik z cieniowaniem na słupek C i drzwi pasażera z tyłu oraz delikatnie na drzwi kierowcy. Na aucie nie ma szpachli, a nadwozie jest w pełni ocynkowane, co wykazał czujnik, więc problemów z korozją nie powinno być, no ale sam fakt, że nadwozie dziewicze nie jest powinien otworzyć możliwości negocjacyjne. Tyle, że na wiele bym nie liczył – lakier w żadnym miejscu nie przekracza 200 mikronów.

Śruba była odkręcana, a błotnik malowany. Na szczęście obyło się bez szpachli, a grubość elementu nieznacznie przekracza fabryczną – około 170-190 mikronów.

Wnętrze jest bardzo czyste, ale widać, że wersja auta została skonfigurowana pod flotę. Materiał na siedzeniach jest nieprzyjemny w dotyku, a jazda w upałach pozostawia mokre plamy na koszulce. Klimatyzacja jest – oczywiście automatyczna – ale jednostrefowa. Poza tym auto ma nawigację, czujniki parkowania przód i tył oraz wszystko to, co ma przeciętne auto tej klasy.

Werdykt?

Cena wyjściowo wynosi 57 900 zł. Ogłoszenie ->>> tutaj <<<-. Na auto jest wystawiona pełna faktura VAT i można je dalej leasingować, kredytować lub kupić za gotówkę. Moim zdaniem oferta jest całkiem dobra, chociaż ja starałbym się uciąć z niej ze 2 tys zł. Auto nie ma alufelg oraz drugiego kompletu opon.

Za moją Octavię z o połowę mniejszym przebiegiem i ciut bogatszym wyposażeniem zapłaciłem 59 000 zł pół roku temu. Insignia, choć pozycjonowana klasę wyżej, wcale nie daje takiego poczucia. I obiektywnie wcale nie jeździ się nią lepiej niż moim poczciwym skodilakiem.

O Oplu Insigni – wersjach polecanych i nie – oraz o tym konkretnym aucie przeczytacie w drugiej części testu. Stay tuned!

Adam Gieras

Exit mobile version