Po kilku latach rozłąki ponownie zasiadłem za kierownicą Suzuki. Tym razem w moje ręce wpadło Suzuki S-Cross w wersji Elegance z układem miękkiej hybrydy. Czy zdoła ono zmyć niesmak, które zostawiło po sobie Suzuki Ignis?
Kiedy kilka lat temu kiedy zaczynałem swoją karierę dziennikarską jednym z pierwszym samochodów jakie miałem okazję testować było Suzuki Ignis. Przez długi czas ten Japończyk zajmował niezbyt zaszczytne miejsce najgorzej ocenianego przeze mnie samochodu. Oczywiście z perspektywy czasu i doświadczenia inaczej postrzegam teraz ten samochód. Tak też test Suzuki S-Cross uznałem za dobrą szanse na próbę zrehabilitowania tej marki. Czy hybrydowy S-Cross zdołał odmienić moje zdanie o tej marce? Muszę przyznać, że częściowo mu się to udało.

Prosto, estetycznie i dobrze
Suzuki S-Cross nie stawia na fajerwerki czy wyszukany design. Postawiło na prosty projekt, który dobrze się prezentuje i może podobać się klientom. W dużej mierze Japończycy bazowali na wcześniejszym Suzuki SX4 S-Cross i nie zaserwowali nam ogromu zmian. Prawdę mówiąc dostaliśmy raczej ewolucje designu niż poważną rewolucję. Niemniej jednak nie mogę narzekać na wygląd S-Crossa. Dostaliśmy nieco masywny przód z dużym grillem wraz z emblematem producenta. Tuż obok znalazły się zgrabne reflektory połączone chromowaną wstawką. Należy tutaj pochwalić Suzuki, że już w standardzie dostajemy LED-owe reflektory.
Z kolei z tyłu dostaliśmy przezroczyste klosze lamp, które wyglądają ciekawie i wyróżniają się na tle konkurencji. Poza tym sprawiają one, że S-Cross wygląda na większy i szerszy niż wychodziłoby to z jego wymiarów. W przeciwieństwie do obecnego trendu pakowania LED-owych listew świetlnych łączących tylne światła, Suzuki uznało, że taki bajer nie jest potrzebny. Zamiast tego dostaliśmy po prostu czarną wstawkę. Całość dopełniają plastikowe osłony na zderzaku, progach bocznych oraz nadkolach.

Średniowieczne i ascetyczne wnętrze
Jak tylko zasiadłem za kierownicą Suzuki S-Cross to poczułem się, jakbym cofnął się w czasie. Dostaliśmy kilka archaicznych rozwiązań, których spodziewałbym się w kilkunastoletnich samochodach, a nie w Suzuki z 2025 roku. Dla przykładu minimalistycznym komputerkiem pokładowym sterujemy za pomocą wystających pałąków. Nie przycisków przy wajchach u kierownicy, tylko za pomocą pałąków. Ok, takie rozwiązanie miałem kilka lat temu w swoim kilkunastoletnim Fiacie. Ale tutaj się tego nie spodziewałem. Poza tym sam komputer pokładowy dostarcza nam tylko podstawowe informacje o samochodzie. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden defekt, mianowicie wyłączamy też nim niektórych asystentów kierowcy. Przyznam szczerze, że jest to chyba jedno z najbardziej irytujących rozwiązań, jakie widziałem na pokładzie samochodu na przestrzeni kilku lat. Tak też aby wyłączyć asystenta skupienia kierowcy musimy kilkukrotnie przeklikiwać pałąkiem przez kolejne opcje. Nic tak dobrze do tego nie zniechęca jak strata czasu. A stracimy go naprawdę sporo.
Skoro jesteśmy przy pałąkach to jak łatwo się domyślacie dostajemy analogowe zegary, których samych w sobie nie traktowałbym jako wady. Podobnie jak jakości wykorzystanych materiałów. Z jednej strony dostajemy tonę plastiku i każdy element wykończenia wnętrza jest bardzo twardy. Jednak Suzuki dołożyło wszelkich starań, aby doskonale spasować te materiały. Dzięki czemu nic nie trzeszczy nawet pod naporem naszych dłoni. Trzeba pochwalić za to Japończyków, którzy nie udają, że dostajemy niezłe materiały, a pod tym wszystkim jest plastik. Choć jest to tanie wykończenie, to zostało dobrze wykonane. W przeciwieństwie do wielu nowych samochodów, gdzie dostajemy miękkie materiały, jednak ich spasowanie woła o pomstę do nieba.

Suzuki S-Cross niczym nieociosany kamień
Mogę za to przyczepić się do braku jakichkolwiek udogodnień. Ładowarka indukcyjna? Zapomnijcie. Oświetlenie ambientowe? Też tego nie ma. Dostajemy jedynie podgrzewane fotele oraz dwustrefową klimatyzację. Za tą drugą jak najbardziej można pochwalić Suzuki. Poza tym mamy tylko twarde, aczkolwiek w miarę wygodne fotele i wysuwany podłokietnik. Żadnych fajerwerków i żadnych bajerów. Jest za to 9-calowy cyfrowy wyświetlacz centralny. Nie znajdziemy w nim ogromu opcji, czy możliwości dostosowania samochodu do naszych preferencji. Dostajemy tylko to, czego potrzebujemy, a wszystko zaserwowane jest nam w prosty i intuicyjny sposób. Byłoby dobrze, gdyby nie szybkość działania tego systemu. Możemy kliknąć konkretną opcję, a podczas ładowania wyskoczymy sobie na kawę. W tym czasie wielmożne Suzuki rozważy, czy jesteśmy godni ujrzenia żądanej przez nas zawartości.
Sytuację ratuje bagażnik, który naturalnie zdoła pomieścić 430 litrów naszego bagażu, a po złożeniu tylnych siedzeń wynik ten wzrasta do 1230 litrów. Do tego dostajemy dwupoziomową podłogę, dodatkowy haczyk oraz gniazdko 12V. Jak na samochód, który mierzy zaledwie 4300 mm długości, 1785 mm szerokości oraz 1580 mm wysokości, a także może poszczycić się rozstawem osi na poziomie 2600 mm, nie jest źle. Zdecydowanie gorzej przedstawia się sprawa na tylnym rzędzie siedzeń, gdzie osoba mająca ponad 1,8 metra może uderzać głową w podsufitkę. Z tyłu nie znajdziemy także żadnych udogodnień. Jest tylko jeden gazetownik i podłokietnik z dwoma cupholderami. Zapomnijcie o dodatkowych portach USB czy nawet kratkach nawiewu.

Pora na przejażdżkę
Odłóżmy na bok dysputy o wyposażeniu tego samochodu, a także jego archaicznych rozwiązaniach i skupmy się na samej jeździe S-Crossem. Na pokład testowanego przeze mnie egzemplarza trafił 1.4-litrowy BoosterJet z systemem miękkiej hybrydy. Benzyniak dostarcza 129 KM mocy, a dodatkowy silnik elektryczny dorzuca kolejne 14 KM. Do tego dostajemy 235 Nm maksymalnego momentu obrotowego oraz opcjonalny napęd na wszystkie kola AllGrip, a także 6-biegowy manual. Nie oczekujmy, że takie liczby sprawią, że S-Cross będzie samochodem sportowym. Pierwsza setka wskoczy na licznik w aż 10,2 sekundy. Nie jest to zbyt spektakularny wynik. Jednak jego moc w połączeniu z niewielką wagą na poziomie 1285 kg sprawia, że samochód nie jest ociężały. Co więcej, jazda nim jest przyjemna, a sam układ kierowniczy bardzo precyzyjny, a samochód zwinny. Podobnie jak 6-biegowy manual, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń.
Oczywiście nie oznacza to, że będziemy czerpali radość z jazdy. Z tym nie przesadzajmy. Suzuki jest pod tym kątem solidne i jazda nim nie wywoła u nas zbyt wielu emocji. No chyba, że wybierzemy się na autostradę i rozpędzimy się od prędkości autostradowej. Samochód ma tak tragiczne wygłuszenie, że jazda powyżej 100-110 km/h powoli staje się katorgą. Jednak Japończyków to nie zraziło i stwierdzili, że możemy nim rozpędzić się maksymalnie do 195 km/h. Jednak wątpię, aby ktoś skusił się na taką przyjemność.
Recenzja filmowa Suzuki S-cross:
Suzuki popłynęło z ceną
Przyjemne jest natomiast nasze spalanie. Podczas miejskiej jazdy Suzuki spalało 6,4 litra na setkę, z kolei podczas przejażdżki autostradą moim oczom ukazał się wynik na poziomie 6,1 litra. Najlepsze rezultaty osiągniemy na drogach krajowych, gdzie udało mi się zejść do 5,6 litra na setkę. Patrząc na całokształt tego samochodu myślę, że klienci mogliby pokusić się na S-Crossa, gdyby testowany przeze mnie egzemplarz kosztował 100 000, ewentualnie 110 000 złotych. Natomiast cennik Suzuki startuje od kwoty 109 100 złotych. Po dorzuceniu opcjonalnego napędu AllGrip musimy już zapłacić 128 100 złotych. Z kolei wersja elegance z napędem na obie osie to już wydatek rzędu 138 100 złotych. Z kolei testowany przeze mnie egzemplarz został wyceniony na 148 000 złotych. Jest dla mnie jest to cena wygórowana. Za te pieniądze możemy dostać wiele innych, często lepiej wyposażonych i wykończonych samochodów. W tej samej cenie dostaniemy Dacię Duster, Bigster, czy nawet Citroena C5 Aircross w jednej z wyższych wersji wyposażenia. Co więcej, ten ostatni będzie z mocniejszym silnikiem.
Co Suzuki ma na swoją obronę? Renomę solidnego i wytrzymałego samochodu. Kupując Suzuki kupujemy przysłowiowy „święty spokój” i myślę, że będzie podobnie z S-Crossem. Nie kupujemy bajerów i fajerwerków lecz niezawodność. Ktoś mając do wyboru Suzuki i Dacię raczej przychylniejszym okiem spojrzy w stronę Japończyków. Co z pozostałymi klientami? Cóż.. Pomimo wszystkich wad, które przytoczyłem Suzuki S-Cross jest dobrym samochodem. Jednak nie w tej cenie. Żeby być zadowolonym z takiego zakupu trzeba albo być miłośnikiem Suzuki, albo po prostu lubić tego typu samochody. Jeżeli cenisz sobie starą szkołę projektowania samochodów oraz niezawodność, to możesz szukać nowego samochodu w Suzuki. Jeżeli jednak potrzebujesz bajerów lub nowoczesności, to znajdziesz ją wszędzie, ale nie w Suzuki. S-Cross to po prostu twardy, nieociosany kamień, który dowiezie nas do celu.
Damian Kaletka
Zdjęcia Suzuki S-Cross Elegance:

































Dane techniczne Suzuki S-Cross Elegance:
Silnik: R4, turbodoładowany, miękka hybryda
Pojemność: 1373 cm3
Moc silnika spalinowego: 139 KM
Moc silnika elektrycznego: 14 KM
Maksymalny moment obrotowy układu: 235 Nm
0–100 km/h: 10,2 s
Prędkość maksymalna: 195 km/h
Skrzynia biegów: manualna, 6-biegowa
Cena: 109 100 złotych, testowany egzemplarz 148 000 złotych
Zajrzyjcie również na nasz kanał na YouTube







