Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T-GDI Sapphire – nie taki diabeł straszny

Ssangyong jest na polskim rynku już bardzo długo, ale żaden dotychczasowy samochód tego producenta nie mógł być szczególnie polecany. Tivoli z benzynowym silnikiem pod maską zasłużyło sobie na takie wyróżnienie.

W Europie koreańskie auta błyskawicznie przeszły od wyśmiewanych dziwolągów do poważnych rynkowych graczy. Hyundai i Kia już są w takim gazie, że pozwalają sobie na produkty premium jak Stinger GT czy i30 N. Tymczasem Ssangyong od 20 lat stoi w miejscu. Nadal ma opinię dziwnego auta dla dziwnych ludzi i tylko względy ekonomiczne przysparzają mu klientów. Nawet moda na SUVy nie bardzo przyczyniła się do rozwoju popularności marki, której profil opiera się właściwie tylko na podwyższonych autach. Sprawdziłem, że w pierwszej połowie 2020 r. w Polsce zarejestrowano skromne 189 samochodów tej marki. Co jest nie tak?

Nie chodzi o wygląd

Wyjątkowo w przypadku Ssangyonga, nie chodzi raczej o wygląd. Przez lata koreańskie wyroby dominowały tylko w rankingach najbrzydszych aut obok Pontiaca Azteka i niesławnej Multipli. Tivoli takie nie jest. Ten samochód ewidentnie projektował stylista, albo przynajmniej zatwierdzał do produkcji. Dwukolorowe nadwozie wygląda ładnie, zwłaszcza z ‘wiszącym’ dachem. Przód auta oceniam jako udany, rażą jedynie światła dzienne LED jak sprzed 10 lat. Przetłoczenie w okolicach tylnych drzwi i nadkola nadaje Tivoli masywności i… fajnie wygląda w lusterku bocznym. Powierzchnia przeszklona jest mała, ale to nic nowego w tym segmencie. Proporcje są w porządku, a z tyłu na klapie widnieje dumna naklejka Made in Korea i informacja o pięcioletniej gwarancji. Obok nowego Korando to najzgrabniejsze auto w ofercie Ssangyonga.

Przeżyłem też mały szok po wejściu do środka. W żadnym wypadku materiały czy design nie są gorsze od topowych przedstawicieli segmentu B-SUV. Stylistyka całego kokpitu przywodzi mi na myśl konkurencję z Japonii z pojedynczymi elementami inspirowanymi innymi markami. Na przykład pokrętła klimatyzacji przypominają mi o ‘kryształowym’ wykończeniu w nowych modelach Volvo, a pokrętło głośności przywodzi na myśl Hyundaia Kona. Nie podoba mi się, że cała konsola centralna w kształcie tarczy rycerskiej pokryta jest materiałami piano black. To lepsze rozwiązanie niż pokrywanie nim tunelu między fotelami, ale na takim plastiku widać każdy pyłek kurzu. Razi też ekran komputera pokładowego między zegarami – jego grafika to byłby szał, ale w 2005 roku.

Zbiór małych dziwności

Podejrzewam, że Ssangyong nie byłby sobą, gdyby w tej całej normalności nie zaszył kilku dziwactw, żeby po prostu zrobić kierowcy mindfuck. Na początek – melodyjka powitalna. Kojarzycie ten dźwięk gdy otwiera się Windows? Tivoli ma podobnie, tylko gorzej. Można się autentycznie przestraszyć nie wiedząc skąd pochodzi ów dźwięk. Przy gaszeniu auta jest tak samo, ale denerwująco podwójnie, bo melodyjka miesza się z muzyką z radia. Ładowarka indukcyjna do telefonu – super! No nie do końca, bo jeśli telefon nie ma takiej funkcji to po położeniu go na ładowarce samochód co 2 minuty wyrzuca komunikat, że telefon się nie ładuje. Nawet jak tam leży coś innego to nadal pojawia się ten sam komunikat. No i jest seryjnie zapalniczka, a obok drugie gniazdo wyglądające jak zapalniczka. Popielniczki nie stwierdzono.

Kolejne niespodzianki kryją się pod tylną klapą. Otwiera się ona elektrycznie i kryje przeciętny bagażnik o pojemności 393 l. To chyba wartość po sumowaniu ze schowkami pod podłogą, bo na oko jest on o wiele mniejszy. Przestrzeń bagażowa jest nieźle pomyślana, bo jeden segment podłogi da się postawić pionowo, żeby ustabilizować przewożony ładunek. Dziwnością jest najkrótsza roletka jaką widziałem, bo ma może 40 cm długości.

Pomijając te wszystkie nietypowe rozwiązania Ssangyong Tivoli spokojnie zmieści na swoich twardych fotelach całą rodzinę i bagaże na weekend. Na większe wakacje potrzebny będzie jednak box dachowy, albo zabawa w tetrisa z udziałem walizek i ludzi.

Mutimedia nie są mocną stroną Tivoli

Jeśli kogoś rażą w nowoczesnych samochodach wszechobecne ekrany, wirtualne zegary, dotykowe panele i elektroniczne wybieraki to w Ssangyongu znajdzie ukojenie. Jest klasyczna wajcha hamulca ręcznego, analogowe zegary i zupełnie standardowa dźwignia automatycznej skrzyni. Na szczycie jest wykończona dekorem piano black, ale takim jakby… pustym. Może jestem spaczony przez auta z grupy VAG, które w tym miejscu mają logo i jego brak odczuwam jako nienaturalny. To detale, a jak się żyje na co dzień z Tivoli?

DSC 5119 1024x682 Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny
Grafika przestarzała, ale komputer pokładowy ma naprawdę mnóstwo ciekawych funkcji.

Dość łatwo ze względu na obsługę kluczowych funkcji zwykłymi przyciskami. Owszem, system multimedialny jest przekombinowany i trudno się w nim odnaleźć. Nie trzeba go jednak przekopywać, aby wyłączyć asystenta pasa ruchu czy włączyć podgrzewanie siedzeń. Do pełni klasyki brakuje tylko, aby główne przyciski funkcyjne infotainment były fizyczne. Dotykowe słabo wyglądają i tak samo działają.

Sterowanie komputerem pokładowym też nie należy do najprostszych. Mnogość różnych funkcji dostępnych na małym ekraniku monochromatycznym jest ogromna. Nie obyło się bez unikalnej dla Tivoli funkcji ostrzeżenia przed ruszeniem na skręconych kołach. Towarzyszy mu grafika pokazująca jak bardzo są skręcone. Ciekawe i myślę, że dość przydatne. Dobrze, że z poziomu kierownicy nie wybiera się trybu jazdy – do tego służy duży przycisk na konsoli.

Tivoli jeździ tak jak wygląda

Ssangyong Tivoli z benzynowym silnikiem 1.5 T-GDI jeździ tak jak wygląda. Nie rewelacyjnie, ale też wstydu nie przynosi. Jednostka jest dynamiczna i elastyczna, choć lubi paliwo w dużych dawkach. To, co ludzie nazywają ‘normalną jazdą’ zakończy się wynikiem powyżej 10 l na 100 km. Ja ze swoim spokojnym stylem jazdy nie zdołałem zejść poniżej 8 litrów. To dość sporo i moim zdaniem największy minus samochodu. Myślę, że wersja z manualną skrzynią zużywa mniej i taką bym wybrał. Automat nie jest szczególnie udany, a kosztuje 7500 zł. Tyle samo trzeba dopłacić do napędu AWD i to bardziej sensowna opcja dla ludzi, którzy kupują SUVa, bo faktycznie czasami zjeżdżają z asfaltu.

DSC 5114 1024x683 Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny
Ekran duży, ale system jest mało logiczny. Typowe w autach z Dalekiego Wschodu.

W dziedzinie prowadzenia nie zauważyłem znaczących błędów. Zbyt lekkie kręcenie kierownicą podejrzewałem już z daleka, ale w kwestii trakcji nie można Tivoli nic zarzucić. Napęd w moim egzemplarzu był przekazywany tylko na przód, ale dostępny jest także wariant z napędem na wszystkie koła. W zakrętach ten mały SUV radzi sobie poprawnie, a o zawieszeniu nie powiem nic. Nie jest twarde, ani miękkie. Po prostu spełnia swoją funkcję, ale niczym się nie wyróżnia.

W samochodzie miałem do dyspozycji 3 tryby jazdy: Normal, Sport i Winter. Różnica między pierwszymi dwoma jest słabo wyczuwalna, bo auto jest jednakowo dynamiczne, a skrzynia nie zmienia sposobu swojej pracy. Tryb Winter zmienia tylko tyle, że auto rusza z drugiego biegu jak w moim Mercedesie z 1988 roku. Podsumowując, tryby jazdy uważam za mało przydatny gadżet, ale auto o masie ponad 1300 kg z mocą 163 KM przyspiesza dość żwawo. Producent nie podaje przyspieszenia do 100 km/h, a ja nie wiedząc o tym fakcie nie zmierzyłem we własnym zakresie. Obstawiam między 9, a 10 s.

‘Porządny’ nie znaczy ‘pożądany’

Podstawowe Tivoli można kupić za cennikową kwotę 64 200 zł. Wtedy nie ma na pokładzie nawet radia i klimatyzacji, więc nie znam osoby, która chciałaby taki samochód. Nasz testowany egzemplarz już prawie dwa razy tyle (122 950), a maksymalnie dopasione Tivoli stoi w salonie z metką 134 750 zł! To czysta abstrakcja, choć w wyposażeniu trudno znaleźć istotne braki. Jest dosłownie wszystko i za te pieniądze dostajecie crossovera z napędem AWD, automatem, dwukolorowym nadwoziem, otwieranym dachem itp. itd.

DSC 5088 1024x683 Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny

Problem w tym, że Ssangyong Tivoli znajduje się w najbardziej zatłoczonym segmencie na rynku. Małe crossovery są modne, a w modzie ważny jest zawsze pierwiastek wizerunkowy. Ssangyong nie jest zły, ale nie znam nikogo, kto marzy o takim samochodzie, bo on jest taki fajny i super wygląda. Wiecie, rozumiecie. Gdyby miejskie SUV-y były zegarkami to Tivoli byłby podróbką Casio oferowaną za podobne pieniądze co oryginalny produkt. Niby godzinę pokazuje tak samo, ale kto normalny się na to skusi? Nie pomoże w tym nawet pięcioletnia gwarancja.

Ssangyong Tivoli – podsumowanie

Na pewno nie będę źle wspominał tego samochodu. Jeździ dobrze, a w wersji Sapphire jest bogato wyposażony i praktyczny. Oferta jest szersza niż w przypadku wielu konkurentów z Japonii i Europy, bo można mieć i automat i AWD niezależnie od napędu. Jest to auto godne polecenia jeśli tylko ktoś przeboleje ceny bogatych wersji napompowane do granic. W wersji z benzynowym silnikiem sporo pali, ale można wybrać diesla lub mniejszy motor 1.2T. Mimo to jest bardzo dobry powód, by akurat ten samochód pominąć. Przede wszystkim Ssangyong ma problem wizerunkowy, bo nie budzi pożądania. Niestety klienci będą wymagać w tym budżecie odpowiedniego logo na masce i żadne racjonalne argumenty tego nie zmienią.

Bartłomiej Puchała

Wygląd:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (7 / 10)
Wnętrze:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (6 / 10)
Silnik:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (7 / 10)
Skrzynia:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (5 / 10)
Przyspieszenie:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (7 / 10)
Jazda:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (6 / 10)
Zawieszenie:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (6 / 10)
Komfort:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (6 / 10)
Wyposażenie:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (9 / 10)
Cena/jakość:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (5 / 10)
Ogółem:%name Test: Ssangyong Tivoli 1.5 T GDI Sapphire   nie taki diabeł straszny (64/100)

Galeria

Dane techniczne

Silnik: R4, Turbobenzyna
Pojemność: 1497 cm³
Moc: 163 KM przy 5000 obr/min
Maksymalny moment obrotowy: 260 Nm przy 1500-4000 obr/min
Skrzynia biegów: automatyczna, 6b
Napęd: przedni
0-100 km/h: bd.
V-max: 175 km/h
Zbiornik paliwa: 50 l
Cena: od 64 200 zł, egzemplarz testowy 122 950 zł

Dyskusja

komentarzy

Bartłomiej Puchała

Bartek Puchała

Nie jest fanem szybkiej jazdy. Dużo większą przyjemność sprawia mu płynność prowadzenia. Dziennikarstwo motoryzacyjne to dla niego zabawa i hobby, choć marzy o przejściu na zawodowstwo. Miłośnik youngtimerów i sleeperów oraz kultowego już Top Gear - posiadacz wszystkich wydanych numerów polskiej wersji magazynu. Na co dzień upala prawie trzydziestoletnie W124.