Piąta generacja Hyundai-a Santa Fe, całkowicie odrywa się od stylizacji poprzedników i szuka inspiracji w kolebce największych samochodów dla rodzin. Przed wami, najbardziej amerykański Hyundai w historii, zasilany bardzo europejskim napędem.
Może się to wydawać zaskakujące, ale historia uterenowionych samochodów dla rodzin, sięga drugiej połowy lat 40. To właśnie zaraz po wyjściu gospodarki z trybu wojennego, Amerykanie odkryli, że mogą budować rodzinne kombi, z w pełni stalowym nadwoziem. Tak oto, w 1946 roku, pojawił się Willys Jeep Station Wagon. Jak zapewne się domyślasz, odpowiedni dla Willysa prześwit, pozwolił przy okazji, na zbudowanie czegoś w rodzaju pierwszego na świecie SUV-a. I określenie „czegoś w rodzaju”, wydaje się być tu doskonałym uzupełnieniem.
W latach 40. i 50., nikt nie zakładał, że rodzinny wagon, może być „samochodem sportowo-użytkowym”. Nadwozie było bulwiaste, ponieważ miało mieścić rodziny wraz z dobytkiem. Facjata? Można ją określić, jako coś w rodzaju Ursusa C360, po pół roku w Miami. Wypoczęty, opalony, rozrywkowy, wysportowany i elegancki. Z czasem, na rynku pojawił się Wagoneer oraz jego wielkość, Grand Wagoneer, AMC Eagle, czy np. Chevrolet Suburban.

Trzy dekady temu, Europa napisała motoryzację na nowo
Pod koniec lat 90. Europa (wcale nie pierwsza) obudziła się z wnioskiem, że SUV, wcale nie musi być przesadnie rodzinny, a prześwit, doskonale sprawdzi się do pokazywania statusu społecznego oraz pokonywaniu miejskich krawężników. Właśnie wtedy, pojawił się Mercedes ML oraz BMW X5, czyli SUV-y pełną gębą. Tak dobrana proporcja sportu i rodzinności, doskonale wpasowała się globalne gusta, co obserwujemy od niemal 3 dekad. Pytanie, czy każdy tego typu samochód, musi wyglądać zawadiacko, agresywnie i sportowo?
W 2009 roku, Ford pokazał model Flex. Coś, co można nazwać doskonałą interpretacją prekursorów tego segmentu. Wielkie, kanciaste nadwozie, któremu bliżej było do kombi, skrywało 6-7 osobowe wnętrze. Pod maską? 3,5 litrowe V6, o rozpiętości mocy od 262 do 365 KM. Takie tabuny koni pod maską, oznaczają że najszybsze Flexy, robią setkę w jakieś 6 sekund. Samochód, zniknął z rynku 10 lat później, a kolejnym, duchowym następcą klasycznych wagonów, zostało najnowsze wcielenie Hyundaia Santa Fe.

Hamburger z kimchi
Kto by się spodziewał, że Koreańczycy, zdecydują się zbudować akurat takie auto. Mało tego, efekt jest powalająco dobry! Już samo nadwozie, zasługuje na najwyższe uznanie. Kanciasta, lekko przysadzista sylwetka, idealnie wpisuje się w kanon klasycznego wagona. Mało tego, auto zdaje się być wyraźnie większe, niż sugerują wymiary. Jego Pudełkowatość Santa Fe, mierzy nieco ponad 4,8 metra długości, 1,9 szerokości i jakieś 1,7 m wysokości. Co więcej, bardzo dba o to, by „H” z logo, pojawiło się tak często, jak reklamy na Polsacie. Jedenasta litera naszego alfabetu, pojawia się na światłach, przednim zderzaku, siedzeniach, naszywkach oraz tylnych częściach foteli, a także kratkach nawiewów.
Swoją drogą, wnętrze jest zachwycająco przestronne. Mnóstwo miejsca, znajdziesz w pierwszym oraz drugim rzędzie siedzeń. Nawet opcjonalny, trzeci, powinien być akceptowalnie wygodny. Na równie duże uznanie, zasługują schowki. Jest ich dużo, są pojemne i świetnie zaplanowane, czego doskonałym przykładem, jest ten w podłokietniku. Można dostać się do niego zarówno z pierwszego, jak i drugiego rzędu siedzeń. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie! A jeśli zabraknie miejsca na podróżne smakołyki, do dyspozycji z tyłu, jest jeszcze szuflada, między fotelami.

Family Ulity Vehicle
Wróćmy na kapitański mostek, na którym znajdziesz nieźle wyprofilowany i bardzo wygodny fotel, do którego dosłownie wpadasz. Po zajęciu miejsca, do dyspozycji otrzymujesz dwa, duże wyświetlacze, dwustrefową klimatyzację, oraz tyle samo miejsc do indukcyjnego ładowania telefonów. Ponadto, na stanie znajdzie się też podgrzewanie siedzeń i kierownicy, klimatyzowane fotele, całkiem niezły zestaw audio oraz wszystko inne, czego dusza zapragnie. No, może poza opcją masażu, ale prawdę mówiąc, obejdzie się.
A jak jeździ ten rodzinny okręt? W zasadzie, okręt to dobre określenie. Samochód sprężycie przepływa po nierównościach, choć daleko mu do miękkości poprzednika sprzed dwóch generacji (moja pierwsza, oficjalna „testówka”). Czy tęsknię za tym? Absolutnie nie! Do prowadzenia „Santaka” sprzed lat, musisz mieć zdany egzamin odporności na chorobę morską. Co do tego, jak jeździ i hamuje nowy model, z pewnością nie będziesz mieć już uwag. Owszem, możesz zapomnieć o sportowych wrażeniach z jazdy. Tutaj, auto przynajmniej nie udaje, że mogłoby być inaczej, jednak do standardowego jeżdżenia tu i tam, w zupełności wystarczy.

Pod maską hybryda, choć bardziej pasowałoby V6
O ile, zdecydujesz się na hybrydową odmianę Santa Fe. 1.6-litrowy silnik, wsparty „prądem”, generuje 240 koni mechanicznych i 380 Nm momentu obrotowego. Powyższe liczby, trafiają na wszystkie koła, za pomocą dwusprzęgłowej przekładni DCT i są w stanie rozpędzić niemal dwutonowego SUV-a do 196 km/h. Pierwsza setka? Teoretycznie powinna paść łupem dużego Hyundai-a w nieco ponad 9 sekund. W praktyce, udało mi się zejść poniżej 8,5 s. Inną ciekawostką jest fakt, że choć brakuje pod maską klasycznej, widlastej szóstki, to obecny tu napęd, bardzo stara się go dokładnie imitować.
Już tłumaczę, o co mi chodzi. Przy spokojnej jeździe (i maksymalnych obrotach w okolicy 2,5-3 tysięcy), dynamika oraz reakcja na gaz, bardzo przypomina mi to, co jeszcze jakiś czas temu, można było spotkać przy silnikach V6. Mało tego, od czasu do czasu, do powyższych wrażeń, dołączał podobny, basowy klang. Fakt, czar bardzo szybko pryska. Wystarczy mocniej wdusić pedał gazu i przekroczyć trójkę na obrotomierzu, by doświadczyć downsizingowej mieszanki wysilenia jednostki oraz niepasujących do całości dźwięków. Owe wrażenie, nie jest jedynym, które psuje odbiór nowego Santa Fe.

Ameryka, nie była chyba jedyną inspiracją
Nigdy nie byłem fanem kierownic w Hyundai-u. Praktycznie każda, jaką dzierżyłem w rękach, była po prostu brzydka. W przypadku tego samochodu, nie jest może aż tak źle, jednak z jakiegoś powodu ta, bardzo przywodzi mi na myśl inspirację Land Roverem. Czyżby chybiony zarzut? Z początku, być może tak, ale rzuć okiem na wnętrze Range Rovera z 2019 roku. Widzę tutaj pewne elementy wspólne. Pomińmy jednak moje czepialstwo i skupmy się na listwach wykończeniowych, które poza wyglądem, nie oferują niczego, co pozwoliłoby odmienić słowo „drewno” przez przypadki. Trochę szkoda, bo flagowy, spalinowy SUV, zasługuje na trochę więcej.
Pomijając irytujące systemy wspomagające jazdę, zatrzymam się jeszcze przy włącznikach podgrzewania kierownicy oraz siedzeń. Kiedy wsiadasz do samochodu, schłodzonego do temperatury bliskiej zeru absolutnego, pierwsze, czego potrzebujesz od wyżej wymienionych, to jak najszybsze uruchomienie mat grzewczych, z absolutnie maksymalną mocą. Żeby Santa Fe grzało tak, jak wtedy oczekujesz, musisz trzykrotnie przeklikać oba przyciski, co wygląda trochę jak wyrażenie zgody na oparzenia trzeciego stopnia.

Najlepszy wagon, od nie Amerykanów
Być może, siedzenia i kierownica, potrafią ogrzać się na tyle, by korzystanie z nich było trochę niekomfortowe, jednak w ogólnym rozrachunku, Hyundai Santa Fe Hybrid 4WD, to kawał naprawdę — nigdy nie sądziłem, że to napiszę — interesującego SUV-a. Przede wszystkim, to duże, przestronne, rodzinne i komfortowe auto dla rodzin, utrzymane w stylu, jakiego po tej stronie Atlantyku, jeszcze nie było. Nie jest sportowe i nawet nie próbuje takim być. Za to z całą pewnością, zabierze całą twoją rodzinę na wakacje, na drugi koniec kontynentu.
Jedynym warunkiem, jest cena. 257 tysięcy złotych, to kwota, która pozwoli ci na zakup hybrydowego Santa Fe, w wariancie 5-miejscowym oraz z napędem na obie osie. Jeśli jednak szukasz odmiany siedmioosobowej, w wersji Platinium, z oknem dachowym, perłowym lakierem, czarną tapicerką i kilkoma innymi dodatkami, to musisz przygotować już 290 613 złotych i 21 groszy. Prawie trzysta tysięcy za Hyundai-a, to dużo. Niemniej, to całkiem sensownie wydane pieniądze.
Tekst i zdjęcia Marcin Koński
Zdjęcia Hyundai Santa Fe Hybrid 4WD:























Dane techniczne Hyundai Santa Fe Hybrid 4WD:
Silnik: 1,6 benzyna
Moc: 239 KM
Moment obr.: 380 Nm
Skrzynia biegów: 6-stopniowa, automatyczna
Napęd: 4 koła
0-100 km/h: 9,2 s
Prędkość maksymalna: 196 km/h
Cena: od 257 tysięcy złotych
Pomiary własne:
0-100 km/h (nachylenie): 8,48 s (-0,22%)
1/4 mili: 15,95 s
60-100 km/h (IV bieg): 5,91 s
80-120 km/h (VI bieg): 12,53 s
Zużycie paliwa w trasie pomiarowej (271 km) (min-max): 5,8-11,1 l/100 km







