Chińczycy pokazali, że ich samochody nie muszą być gorsze od „europejskiej” konkurencji. Mogą być równie dobrze wykonane, świetnie wyposażone i przystępnie wycenione. Jednak nie wszystkie takie są. Forthing T5 pokazał co znaczy tania chińszczyzna z ładnym pudełeczkiem.
Rok temu Forthing T5 zebrał całą falę negatywnych opinii wielu dziennikarzy, którzy ochrzcili go jako jeden z najgorszych chińskich samochodów. Z kolei wielu internautów wychwalało jego wygląd określając T5 jako „chińskie lambo” lub też „lambo z Temu”. Zawsze staram się podchodzić neutralnie do każdego samochodu pomimo krążących o nim pozytywnych czy negatywnych opinii. Tak też dałem szanse T5, no przecież nie może być tak tragiczny prawda? Cóż… myliłem się…

Zjawiskowy wygląd
Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, ponieważ ten samochód z zewnątrz wygląda naprawdę dobrze. Oczywiście możemy dostrzec wiele inspiracji modelami Lamborghini, Maserati, czy kilkoma innymi pojazdami. W pewnym stopniu ten samochód wygląda jakby Lamborghini Urus zderzyło się z Mitsubishi Eclipse, a następnie z wszystkich znalezionych elementów sklecili przedni pas samochodu. Z kolei tylna część samochodu miała bliskie spotkanie projektowe z Maserati Grecale. Cała ta mieszanka wyszła projektantom dobrze. Samochód na pewno przyciąga wzrok.
W szczególności wzrok przyciągają cztery końcówki układu wydechowego. Dokładnie, ten samochód, o którym część z Was nie słyszała dostał cztery końcówki wydechu. i to nie żadne atrapy, tylko użytkowe końcówki. Coś niezwykłego w dzisiejszych czasach. Oczywiście w tym momencie muszę być sobą i zadać pytanie: po jaką cholerę nam cztery końcówki wydechu, gdy pod maską pracuje 1,5-litrowy benzyniak od Mitsubishi? No właśnie, dla samego wyglądu. Aczkolwiek stojąc na parkingu wielu przechodniów zwracało uwagę na ten samochód i rzucało komentarze pokroju „Niezła fura”. Mogłem to usłyszeć dzięki przebiegłej strategii wyciszenia Forthinga T5, ale o niej opowiem nieco później.
Test wideo Forthing T5:
Całościowo projekt T5 oceniam bardzo pozytywnie. Zadziornie zakończona maska z dodatkowym przetłoczeniem przy „nosie”, spory grill z materiałem, który imituje karbon, a także kilka wstawek w kolorze piano black. Oczywiście nie sposób pominąć znaczka, który również został zainspirowany Lamborghini. Tylko, że zamiast byka mamy kota lub coś chińsko podobnego. Z kolei tył w dużym stopniu przypomina mi design Maserati Grecale, jednak nie jest to tak widoczne, jak inspiracja przodem Lambo. Do tego mamy zgrabnie narysowane tylne światła. Jednak tutaj zaczynają kończyć się zalety tego samochodu.

Plastikoza wnętrza
Kiedy już przebrniemy przez zachwyty nad designem zerżniętym z Lamborghini, to czas odpakować nasz samochód i zajrzeć do wnętrza, a tam…. plastikoza. Cóż, miękkich materiałów nie mamy co tam szukać i praktycznie wszystko jest wykończone twardym plastikiem. Jedynie pseudo ekoskóra znalazła się na panelu drzwi na wysokości naszego łokcia. Niemniej jednak nadal nie jest to miękki materiał i odczujemy mocniejsze uderzenie łokciem w podłokietnik. Twarde są również elektronicznie sterowane fotele, a regulacja odcinka lędźwiowego wyłącznie w jednej płaszczyźnie nie pomaga. Jechałem tym samochodem z Łodzi do Krakowa i musiałem się zatrzymać nie po to by rozprostować kości, lecz aby moje plecy mogły chwilę odsapnąć. Jednak ciekawsza była opinia mojego współpasażera, który uznał, że tylna kanapa jest wygodniejsza od przedniego fotela pasażera.
Zajrzyjcie również na nasz kanał na YouTube
Wizualnie wnętrze nie wygląda aż tak źle. Całość jest w miarę sensownie i intuicyjnie poukładana. Mamy okrągłe kratki nawiewu, co kojarzy mi się z dawnym rozwiązaniem stosownym w Mercedesie. Co więcej dostaliśmy dedykowane miejsce do wpięcia uchwytu na telefon. Ze względu na kształt kratek nawiewu nie możemy go normalnie do nich przypiąć. Na pewno można Chińczyków pochwalić za laserowo wycinany ambient w desce rozdzielczej. Ma on kształt skrzydła i bardzo dobrze prezentuje się wieczorem i w nocy. No i trzeba ich pochwalić za bezprzewodowe Android Auto i Apple CarPlay.
Rok temu nie mieliśmy takich „bajerów” i musieliśmy używać specjalnego urządzenia. Tak więc jest progres. Jednak jakość działania to zupełnie inna bajka. Samochód czasem lubi robić nam problemy, których nie rozwiążemy poprzez ponowne podłączenie telefonu czy wyłączenie bluetooth. Samochód robi strajk i tyle. Wtedy musiałem użyć innego urządzenia bazującego na Apple CarPlay i nagle wszystko jest w porządku. Jednak nie myślcie, że to problem Androida. Taką samą akcję zaserwował mi trzy godziny później z iPhonem.

Prosta to nie droga do sukcesu
W każdym innym chińskim samochodzie dostawałem rozbudowany ekran z kilkoma bajerami. Tutaj zapomnijcie o jakichkolwiek nowinkach, czy nawet właściwym tłumaczeniu. Koncern DongFeng uznał, że przyoszczędzi na nim lub nie zapłaci komuś, kto zweryfikowałby sens tego tłumaczenia. Tak też w opcjach znajdziemy zakładkę „załącznik” z dodatkowymi opcjami, czy też „dostosowanie przyciski do kontrolowania kwadratów”. Nie, nie zrobiłem literówek. Tak to jest napisane. Dodam, że ten opis odnosi się do personalizacji przycisku z gwiazdką, który znajdziemy na kierownicy. Żeby było zabawniej niektóre rzeczy zostały przetłumaczone w dwojaki sposób. Na przykład przy podgrzewaniu foteli mamy ludzko napisane „fotel kierowcy” i „fotel pasażera”, a już w opcjach foteli dostajemy „fotel kierowcy” i „współpilot”.
Do tego sam system, pomimo, że jest bardzo prosty, to nie działa najsprawniej, co jest dla mnie zupełną pomyłką. Gdyby tego było mało, to wieniec kierownicy w pewnym stopniu zasłania nam ekran niezależnie od tego, jak ją ustawimy. No i kolejna wisienka na tym chińskim torcie, a mianowicie regulacja reflektorów została przeniesiona do systemu. Kolejne udziwnienie, którego nikt z nas nie potrzebował.
A jak z przestrzenią w kabinie? Nie jest źle. Samochód mierzy 4565 mm długości, 1860 mm szerokości oraz 1690 mm wysokości. Do tego może poszczycić się rozstawem osi na poziomie 2715 mm. Tak też nie powinniśmy narzekać na brak miejsca. Z kolei nasz bagażnik zdoła pomieścić 480 litrów. Jednak… zapomnijcie o gniazdku 12V, zapomnijcie o siatkach, dodatkowych schowkach czy nawet haczykach, które ułatwią organizację przestrzeni. Nic takiego tam nie znajdziemy. Jednak jest prosta sztuczka, aby się do nich dostać. Musimy złożyć fotele i dostaniemy wtedy 4 haczyki i 1480 litrów pojemności. Serio, jedyne haczyki są w oparciach przednich foteli oraz na bocznym słupku. Nie wiem, kto to wymyślił, ale życzę mu jak najgorzej.

Forthing T5 z silnikiem Mitsubishi
Oczywiście Chińczycy nie tylko zainspirowali się innymi samochodami, lecz również skorzystali z dorobku niektórych producentów. Tak też pod maską T5 pracuje 1,5-litrowe T-GDI od Mitsubishi, które dostarcza 177 KM mocy oraz 260 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Po takich liczbach nie spodziewałem się sensownej dynamiki, co odzwierciedlał również czas przyśpieszenia od zera do setki, który katalogowo powinien wynosić 9 sekund, jednak podczas moich prób wynosił 9,7 sekundy. Do tego sam pedał gazu jest specyficzny. Nie czujemy oporu podczas naciskania go przez co wciskamy go mocniej i nagle samochód wyrywa się do przodu. Jest to coś do czego musimy się przyzwyczaić i coś, co będzie nas długo irytowało.
Irytować nas będzie także wygłuszenie tego samochodu. Jak już wcześniej wspomniałem jest to tajna strategia koncernu DongFeng. Siedząc w samochodzie na parkingu usłyszymy każdą pochwałę wyglądu tego chińczyka. Natomiast podczas jazdy usłyszymy wszystko, każdy kamyczek, każdy powiew wiatru. Ośmieliłbym się stwierdzić, że usłyszałbym świerszcza siedzącego mi na klapie bagażnika. Jadąc niektórymi odcinkami autostrady miałem wrażenie, jakbym jechał po szutrowej drodze. Słyszałem dosłownie wszystko, co miało nawet najmniejszy kontakt z karoserią. No i właśnie po to nam cztery końcówki wydechu. Aby przy każdym przyśpieszeniu męczyć nasze uszy. Przyśpieszanie tym samochodem można porównać do kontaktu z Jorkiem lub innym Maltańczykiem. Zrobi dużo hałasu, ale nic za tym nie idzie. Żadna siła, a w przypadku samochodu żadne przyśpieszenie.

Światełko w tunelu
Oczywiście to nie jest tak, że ten samochód ma same wady. Jest kilka rzeczy, za które powinniśmy pochwalić producenta. Dostaliśmy świetne zawieszenie, które bardzo dobrze radziło sobie zarówno w Krakowie, jak i w Łodzi, która jest krainą dziurami płynącą. Świetnie wybierało nierówności i nie mogę się do niego doczepić w żadnym aspekcie. Dostaliśmy także świetną kamerę cofania oraz zestaw kamer. Wielokrotnie w droższych samochodach dostawałem fatalny obraz z tylnej kamery. Tutaj również nie mam T5 nic do zarzucenia.
Pochwalić możemy również Chińczyków za dorzucenie pakietu systemów bezpieczeństwa. Wcześniej ten samochód kosztował blisko 129 tysięcy złotych i nie oferował praktycznie żadnych systemów bezpieczeństwa. Teraz marka życzy sobie za ten samochód ponad 6 tysięcy złotych więcej, jednak w ramach tej ceny mamy szerszy pakiet asystentów bezpieczeństwa. Mamy już przedni radar, który z pewnością doceni wielu klientów. Niestety te systemy nie działają najlepiej i samochód kilkukrotnie ostrzegał mnie o zagrożeniu na pustej drodze. Jednak trzeba przyznać, że marka wzięła sobie do serca otrzymane od dziennikarzy i klientów uwagi… a przynajmniej część z nich. Dobrze to wróży dla przyszłości tej marki, o ile do takowej dociągnie.

Kiepsko, głośno, ale za to drogo
Niestety koncern DongFeng nie wziął lekcji z porażki Seresa w Polsce i T5 posiada równie nieprecyzyjny układ kierowniczy. Do tego dostaliśmy krzywo przykręconą kierownicę i samochód zawsze ściąga na prawą stronę. Tak nie powinno być w samochodzie z rocznika 2025. Poza tym przy dynamiczniejszej jeździe samochód lubi wpadać w poślizg, co również nie powinno mieć miejsca. Do tego słupki A są dosyć spore i ograniczają nam naszą widoczność, podobnie jak niewielka tylna szyba. No i dochodzi do tego spalanie, które jest spore. Podczas miejskiej jazdy musimy liczyć się ze spalaniem na poziomie 10 litrów, a na autostradzie uzyskamy 9-9,5 litra. Z kolei moje średnie spalanie wynosiło 8,9 litra na setkę. Sporo jak na te wymiary samochodu.
Sama cena również nas nie powali. T5 jest dostępny wyłącznie w wariancie benzynowym lub hybrydowym. Za testowany przeze mnie egzemplarz zapłacilibyśmy 135 900 złotych plus 5 400 złotych za opcjonalny lakier. Za nic więcej nie dopłacamy, jednak nie czyni to taniego samochodu. Oczywiście nadal benzyniak wypada lepiej od hybrydy, za którą Forthing życzy sobie aż 155 900 złotych. Teoretycznie nie jest to wygórowana cena, jednak biorąc pod uwagę wyposażenie samochodu, to jest słabo. Co więcej, wielu europejskich konkurentów dostaniemy za minimalnie większe pieniądze, a będą oni równie dobrze wyposażeni i lepiej wykończeni… no i mają lepszą renomę. Gdy weźmiemy pod uwagę jeszcze konkurencje z Chin, to wtedy cennikowo ten samochód nie ma najmniejszego sensu.
Forthing T5 gra praktycznie samym wyglądem. Co prawda dostajemy świetne zawieszenie i doskonały zestaw kamer, jednak te kilka zalet nie nadrabia wszystkich wad tego samochodu. Dostajemy fatalne właściwości jezdne, kiepskie wygłuszenie, nieudane tłumaczenie i wiele innych problemów. I to wszystko za wygórowaną cenę. Jak dla mnie T5 robi fatalną renomę chińskim samochodom, które dzieli od niego ogromna przepaść. Jest to najgorszy chiński samochód na naszym rynku. To właśnie do takich samochodów pasuje słowo „chińszczyzna” i to do tego tandetna. Powiedziałbym nawet, że jest to nędzna podróbka chińskiego samochodu.
Damian Kaletka
Galeria zdjęć Forthing T5:




































Dane techniczne Forthing T5
Silnik: 1.5 T-GDI
Pojemność: 1481 cm3
Łączna moc układu: 177 KM
Maksymalny moment obrotowy układu: 260 Nm
0–100 km/h: 9,0 s
Prędkość maksymalna: 180 km/h
Skrzynia biegów: automatyczna, 7-stopniowa
Cena: testowany egzemplarz 141 300 złotych







