Są takie auta, które już na pierwszy rzut oka zdradzają swoje przeznaczenie. Mają być praktyczne, funkcjonalne i niekoniecznie budzić emocje. A potem pojawia się Ford Transit Custom MS-RT — samochód, który łamie na pewno ostatnią z wymienionych zasad. Bo jak inaczej nazwać busa, który wygląda, jakby właśnie wrócił z toru wyścigowego?
W świecie, gdzie większość vanów ma być po prostu narzędziem do pracy, MS-RT stara się przekonać, że praca też może być fajna. Inspirowany motorsportem, został opracowany we współpracy z zespołem M-Sport (tym od rajdowego WRC). Transit Custom MS-RT to nie tylko pakiet stylistyczny, ale kompletnie nowe podejście do segmentu użytkowego. Pytanie tylko, czy za tą agresywną stylistyką stoi coś więcej niż tylko dobrze dobrane nakładki i wyróżniający się kolor?

Ciężko go nie zauważyć
Już sam kolor mówi: „hej, patrz na mnie”. I trudno się nie odwrócić. Transit Custom MS-RT w tym intensywnym, przyciągającym wzrok lakierze wygląda bardziej jak showcar z targów tuningowych niż auto dostawcze z listą zleceń w schowku. Agresywnie narysowany przód z potężnym zderzakiem, dużymi wlotami powietrza i dedykowaną atrapą chłodnicy jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z czymś więcej niż zwykłym „busem do roboty”. Reflektory o ostrym konturze jeszcze dodają mu charakteru, a całość wygląda zaskakująco… dynamicznie.
Z tyłu również nie ma miejsca na przypadek — zderzak z wkomponowanym dyfuzorem, spojler dachowy i przyciemnione szyby robią naprawdę świetne wrażenie. To wygląda jak auto, które mogłoby właśnie zjechać z toru — a potem przywieźć pięcioosobowy zespół mechaników na obiad. Problem w tym, że to tylko pozory. Bo choć MS-RT wygląda jakby miał przynajmniej 300 koni i aktywny wydech, to niestety… nie jeździ tak, jak wygląda. Pod maską znajdziemy tę samą jednostkę, co w zwykłym Transicie. W tym aspekcie bardzo rozjeżdża się tu forma z treścią.

Czy jedzie tak jak wygląda?
Tak, wiem, że założeniem tego auta nie jest ściganie się na światłach z innym Sprinterem. Ale wystarczy spojrzeć na Transit Custom MS-RT i od razu chce się wierzyć, że to taki mały rajdowiec w roboczych ciuchach. Problem w tym, że pod maską tej bojowej stylizacji siedzi dobrze znany, dwulitrowy diesel o mocy 170 KM i momencie obrotowym 390 Nm. Niby nie brzmi źle, a do tego mamy napęd na cztery koła — więc na papierze wszystko powinno się zgadzać. Tylko że to nie papier, a rzeczywistość. I w rzeczywistości ten samochód po prostu nie jedzie. Przyspieszenie? Jakiekolwiek wrażenie dynamiki? Zapomnij. Nawet w trybie „but w podłodze” trudno wykrzesać z niego coś więcej niż lekkie chrząknięcie i powolne nabieranie prędkości. Dla porównania — jeździłem Multivanem ze 150-konnym dieslem i tam dynamika była wyraźnie lepsza. Serio.

A im szybciej jedziesz, tym robi się gorzej. Powyżej 90 km/h do kabiny zaczynają wpadać wyraźne szumy — szczególnie z ogromnych, wręcz autobusowych lusterek, które wyglądają, jakby miały własny opór powietrza. Przy 130 km/h na autostradzie między Warszawą, a Krakowem, przy lekkim podjeździe i wciśniętym gazie do podłogi, auto nie tylko nie przyspieszało — ono miało problem z utrzymaniem prędkości na tempomacie. A to nie był tir z 20 tonami ładunku, jechałem sam. Co gorsza, nawet spalanie nie jest tu argumentem na plus. Zarówno w mieście, jak i na trasie trzeba się przygotować na wynik dwucyfrowy — a to przy tak słabej dynamice budzi spory niesmak. Okolice 10,5 litra to codzienność w tym samochodzie. Na szczęście sama zabudowa (tu w wersji brygadowej, pięciosobowej) nie generuje jakiegoś festiwalu trzasków i skrzypień, choć oczywiście coś tam się czasem odezwie. Ale nie jest to poziom, który irytuje na co dzień. Skrzynia biegów nieco szarpie przy redukcji (mocno czuć „wrzucenie” biegu), ale przy zmianie na wyższy bieg jest bardzo płynna.
Wnętrze też nadaje nutkę sportu
W środku Transit Custom MS-RT próbuje trzymać fason. Mamy kubełkowe fotele z kontrastowymi przeszyciami, logo MS-RT, kwadratową, grubą kierownicę obszytą perforowaną skórą i sportowy wzór tapicerki – wygląda to naprawdę nieźle. Problem w tym, że poza wyglądem niewiele tu sportowego ducha. Boczne podparcie? Jest raczej symboliczne. Siedzi się wysoko, jak to w dostawczaku, a przy bardziej dynamicznej jeździe (jeśli w ogóle można o takiej mówić) ciało po prostu przemieszcza się na boki. Podłokietniki po obu stronach poprawiają komfort w trasie, ale trzeba uważać, żeby nie nabić się przy wysiadaniu na ten od strony drzwi – potrafi skutecznie zablokować ruch.

Materiałowo – nie ma co się oszukiwać, to wciąż Transit. Poza samymi fotelami i kilkoma wstawkami z piano black, plastiki są twarde i typowo użytkowe. Ale są też pozytywy. System multimedialny z dużym ekranem działa bardzo płynnie – menu nie laguje, opcje są logicznie rozłożone, a wszystkie niechciane dźwięki czy asystentów można szybko wyłączyć. Zaskoczyło mnie też nagłośnienie – jak na fabryczny, podstawowy system, gra naprawdę przyjemnie. Miejsce na telefon z ładowarką indukcyjną znalazło się dość nisko – praktycznie przy samej podłodze, więc dostęp do niego nie jest zbyt wygodny, ale przynajmniej jest. Za to ilość schowków, półek i cupholderów spokojnie wystarczyłaby na podróż w pięcioosobowym zespole roboczym. Jest gdzie odłożyć telefon, kubek, dokumenty, a nawet całą kanapkę w folii.
Czy jest praktyczny?
Praktyczności na pewno nie można mu odmówić, Transit właśnie z takim zamysłem był projektowany. Miejsce między przednimi fotelami okazuje się przydatne, kiedy ktoś zaparkuje zbyt blisko drzwi kierowcy – można wsiąść przez tylne drzwi (elektryczne i z systemem domykania, z obu stron). W drugim rzędzie miejsca jest aż nadto i każdy z trójki pasażerów korzystających z kanapy będzie miło wspominał podróż. Do dyspozycji mają opcjonalne rolety przeciwsłoneczne oraz uchylane lufciki. Przestrzeń ładunkowa? Mamy 1,6 metra długości i 1,4 metra wysokości na cokolwiek, co chcemy przewieźć. To daje nam 3,3 m3 przestrzeni co jest naprawdę porządnym wynikiem. Zakładając samotną podróż jesteśmy w stanie załadować do samochodu okrągłą tonę ładunku. Do tego klapa „bagażnika” chodzi naprawdę lekko i nie trzeba się z nią siłować. A ponieważ brak w niej przeszkleń, kierowca ma do dyspozycji cyfrowe lusterko wsteczne.

Na jaki wydatek się przyszykować?
W konfiguratorze Transit startuje od 132 010 zł netto, za którą dostajemy podstawowego vana (dwukrotnie większa przestrzeń ładunkowa – 6,80 m3). Do zabudowy brygadowej musimy dopłacić 17 000 złotych netto, a jeśli chcemy nadwozie 9-osobowe, to musimy przygotować się na wydatek 152 600 zł netto. Nasza testowa sztuka to wersja MS-RT z dwulitrowym dieslem, natomiast w silnikach można przebierać – mamy tu silniki wysokoprężne o mocy 136 KM, 150 KM, napędy na tył i 4×4, a nawet plug-in i wersję całkowicie elektryczną. Wybór naszej sportowej wersji z testowanym silnikiem sprawia, że konfigurator wyświetla cenę 246 505 zł netto. Dodajmy elektryczny hak, wspomniane elektryczne drzwi i parę innych pierdółek i kończymy na 254 780 zł netto. A mamy jeszcze sporo możliwości wyboru.
Ford Transit Custom MS-RT wydaje się być ciekawą opcją dla osób poszukujących roboczej brygadówki. Przy okazji można sprawić, że nie jeden dzieciak się uśmiechnie na ulicy i pomacha, widząc samochód którym równie dobrze mogłaby jeździć ekipa Scooby-Doo. Jednak w testowanej opcji silnikowej ten samochód mnie po prostu nie przekonał, mimo, że lubię większe auta i nie jednym vanem już jeździłem. Lepsze wrażenia jezdne zapewnił mi Peugeot Expert oraz Traveller czy Volkswagen Multivan. Ale żaden z nich nie wyglądał tak kozacko, jak MS-RT. Tylko na jego widok szczęka opada.
Tekst i fot. Kacper Mazur
Zdjęcia Ford Transit Custom MS-RT





























































Dane techniczne Ford Transit Custom MS-RT:
Silnik: 2.0 EcoBlue
Pojemność: 2.0
Moc: 170 KM
Maksymalny moment obrotowy: 390 Nm
Skrzynia biegów: automatyczna, 8-stopniowa
Napęd: AWD
0-100 km/h: około 12 sekund.
V-max: 175 km/h
Cena testowanego egzemplarza: około 254 780 zł netto








Komentarze 1