Po ubiegłorocznym debiucie nowego Grandlanda, niemiecki producent postanowił odświeżyć pozostałe modele w gamie SUV-ów. Dlatego też Opel Mokka otrzymał dyskretny lifting, a nowa Frontera, zepchnęła auto z kawą w nazwie, do roli najmniejszego samochodu w ofercie. Przed Wami dwie strony wrażeń z pierwszego kontaktu z nowościami z Rüsselsheim.
Jakieś dwa tygodnie temu, wspominałem, iż producenci postanowili zagęścić ofertę samochodów w poszczególnych segmentach. Może się wydawać, że to dość głupi pomysł, jednak nic z tych rzeczy. W końcu, dwa różne modele w jednym segmencie, wcale nie muszą ze sobą konkurować. Doskonałym tego przykładem jest Renault 5 oraz Clio. Świetnie się w tym sprawdzają też np. BMW X5 i X6 oraz im podobne auta. Stellantis, znalazł jeszcze inny podział oferty w segmencie.
Bo co powiecie na dwóch przedstawicieli tego samego gatunku, którzy mają w gamie silniki zarówno spalinowe, jak i elektryczne, ale też celują do klientów o różnej zasobności portfela? Owszem, w obrębie koncernu, to żaden problem, a doskonałym tego przykładem jest Toyota oraz Lexus. A jeśli podobne różnice znajdziecie w dwóch samochodach tego samego producenta? Robi się ciekawie, prawda?

Opel Mokka — nośnik zmian
W tym miejscu pojawia się Opel z odświeżoną Mokką oraz mocno rozrośniętym następcą Crosslanda w postaci Frontery. Zanim jednak przejdziemy do nowości, trochę suchych faktów na temat pierwszego z wymienionej dwójki. Druga generacja Mokki pojawiła się na rynku w 2020 roku, tak więc jak widzicie, lifting po pięciu latach od debiutu, to dość długo. Z drugiej jednak strony, Mokka całkiem nieźle opiera się procesowi starzenia, co z pewnością wpłynęło na odłożenie wprowadzenia zmian. Ciekawostką jest fakt, że w 2020 roku, Mokka B była pierwszym modelem, w którym zaprezentowano nowe logo Opla i tak samo jest teraz, w 2025. Czy zmieniło się coś jeszcze?
Idąc od przodu, przestylizowano zderzak i delikatnie zmodyfikowano światła dzienne LED. Z tyłu, zmiany są jeszcze subtelniejsze. Wprawne oko, wypatrzy nową antenę radia (w kształcie płetwy rekina), delikatnie zmienione lampy oraz dokładkę zderzaka. Czarne elementy nadkoli oraz zderzaka pokryto błyszczącym lakierem (w wersji GS). Nowe są też kolory nadwozia, a także wzory felg. W środku, zmiany są równie kosmetyczne. Nowe są listwy wykończeniowe, wzory tapicerek (oczywiście ekologicznego pochodzenia), kierownica z zestawem przełączników, a także interfejs wskaźników i ekranu multimediów. Opel użył również Chat-aGPT, którego zadaniem będzie m. in. uczenie się nawyków kierowcy i uwzględnianie ich przy ustalaniu trasy. Oczywiście, bezprzewodowy Apple Carplay oraz Android Auto w serii.
Zdjęcia nowy Opel Mokka:













Tu trzeba na spokojnie
A jak Mokka sprawdza się w najważniejszym zadaniu? Pod maską testowanych crossoverów, znalazł się bazowy, 130-konny silnik, połączony z ośmiobiegowym „automatem”. Jest to zupełnie wystarczająca moc do spokojnego przemieszczania się z punktu A do B i taki styl jazdy jak najbardziej odpowiada małemu Oplowi.
Skrzynia biegów nie jest demonem szybkości, zawieszenie lubi się przechylić i nie przepada za szybszym pokonywaniem zakrętów, za to przy spokojniejszym traktowaniu, odwdzięczy się sprężystością babcinej wersalki. W ogóle, jeśli jeździć samochodem statecznie, to trudno mu cokolwiek zarzucić. Gdybym miał przewiązane oczy i zostałbym wpuszczony do samochodu, w pierwszej kolejności pomyślałbym, że siedzę w Peugeocie.

Mokka jest jak kawa, za jaką raczej nie będę tęsknić
Owszem, nieprzewiązane chustą oko dostrzeże kierownicę oraz zegary w zupełnie normalnym położeniu, ale zobaczy też, że projektanci z uporem maniaka przepychają kompletnie pozbawiony finezji motyw wskaźników. I mogę dodać, że brakuje mi w Mokce ciepła i lekkiej słodyczy znanej z kawy. Wszystko za sprawą surowego, digitalowo-zimnego motywu wnętrza, składającego się z błyszczących tafli ekranów oraz czerni fortepianowej, przełamanej srebrzystymi wstawkami. Wszystko ma być nowoczesne i mam wrażenie, że całość przypomina prestiżowe osiedle apartamentów typu „chów klatkowy”, zbudowane w starej dzielnicy przemysłowej.
W dodatku irytujący jest wskaźnik obrotów, który skacze po skali w stylu lat 80.. Denerwuje mnie też nieintuicyjny przycisk startera, wymagający wduszania za każdym razem, kiedy chcesz z niego skorzystać. Dostanie się też przełącznikowi skrzyni biegów, który ma zbyt luzackie podejście do działania. Jak więc widzisz, z jednej strony, Mokka to nowoczesny crossover z wszelkimi nowinkami w zakresie najnowszych technologii, doprawionych irytującymi przywarami koncernowego kuzynostwa.

A cena? Ta zaczyna się od 110 tysięcy złotych za wersję Mokka Edition, ze 136 konnym silnikiem 1.2. Testowany przeze mnie samochód w wersji GS i automatyczną przekładnią, wyceniony jest na co najmniej 126 tysięcy złotych, a po doposażeniu o pakiet Tech, ostateczna wartość samochodu sięga 136 300 złotych.
Opel Frontera — czyżby godny rywal Dacii Duster?
Wyraźnie mniej (bo 128 100 zł) kosztuje zielony Opel Frontera. Owszem, też jest w wersji GS i również został doposażony w pakiet Tech. Tutaj jednak, pod maską znajdziesz hybrydowe serce o mocy 145 KM, a karoserię pokrywa opcjonalny lakier o nazwie Zielony khaki. Czy możesz liczyć na inne bonusy? Oczywiście! Frontera jest o ponad 23 cm dłuższa, 4 mm szersza i ponad 10 cm wyższa. Można powiedzieć, że jeszcze kilka lat temu, taka różnica pozwalała na wskoczenie do segmentu C-SUV, natomiast jeśli szukasz godnego odpowiednika w wymiarach „froty”, to jest nim Dacia Duster.
I w tym miejscu, automatycznie pojawia się pytanie, jak cenowo wypada Opel. Cóż, jeśli postawimy na przeciw siebie dwa, podobne samochody (czyli np. prezentowaną Fronterę w miękkiej hybrydzie i Dacię Duster w wersji mild hybrid 130), to wyjściowo różnica wynosi 10 800 złotych na korzyść rumuńskiego bestsellera. Przepaść cenowa na korzyść Dacii urośnie do ponad 17 tysięcy, jeśli postanowimy dostawić do zielonej Frontery, podobnie skonfigurowanego Dustera. W czym jest więc haczyk?
Zdjęcia Opel Frontera:












Frontera wcale nie jest na straconej pozycji
Opel oferuje nie tylko wyraźnie mocniejszy motor, ale przy zbliżonych wymiarach, zdecydowanie więcej przestrzeni w środku. Frontera nieprzypadkowo celuje w Dustera, ponieważ na tle Mokki, większy z Opli jest wykonany bardziej budżetowo. Materiały wewnątrz są twardsze, a silnik, uruchamiany jest z kluczyka. To drugie szczególnie zastanawia, bo lepiej wyposażone Dustery otrzymują nowoczesny przycisk. Sam poziom wykonania, nie wydaje się jednak tak toporny, jak w wypadku Dacii, co nie znaczy, że Opel nie zainspirował się rumuńskim szlagierem. Chodzi mi o małą „frotę”, którą znajdziesz na gumowym pasku, opasającym konsolę środkową. Nieszczególnie widzę sens takiego rozwiązania, jednak z pewnością docenisz pomysłowość niemieckich inżynierów w aranżowaniu dodatkowych kieszonek na tyłach foteli.
A jak jeździ nowa Frontera? Silnik jest wyraźnie żwawszy, niż w mniejszej Mokce, a dzięki dość długim przełożeniom, bardzo łatwo rozpędzić się bardziej, niż jest to konieczne. Oczywiście, nie traktuję tego jako wady. Samochód osiąga 100 km/h w rozsądne 9 sekund i potrafi pędzić zdecydowanie szybciej od dużej części obecnych na rynku, sięgając 190 km/h. Jeśli jednak liczyłeś na choć trochę inne prowadzenie, to nie. Na drodze, Frontera zachowuje się zupełnie jak Mokka. Zawieszenie jest miękkie, sprężyste. Wręcz stworzone do statecznej, spokojnej jazdy. Skrzynia nie grzeszy szybkością działania (nawet przełączanie biegów wymaga cierpliwości. Jak w Mokce), a wszelkie próby szybszej jazdy, kończą się wyraźnymi przechyłami i gubieniem się układu kierowniczego.

W dodatku, jakby nie patrzeć, Frontera jest silnie spokrewniona z Citroenem C3 Aircross, którym akurat jeździłem w tym tygodniu, a zdradza to wszystko przestrzeń pomiędzy przednim i tylnym pasem. Czy to problem? Atutem Opla jest siedmioosobowy wariant, który jest prawdziwą nowością w tym segmencie. Jeśli więc jesteś statecznym kierowcą, dla którego Dacia Duster jest zbyt surowa, ale nie chcesz rezygnować ze sporego prześwitu, to Opel Frontera zdaje się być całkiem ciekawym rozwiązaniem.
Marcin Koński








Komentarze 2