Brytyjska marka wprowadziła do swojej oferty pierwszego elektryka. Jednak zamiast udziwniać jego design postanowiła skupiać się na tym co najważniejsze – układzie napędowym oraz mocy ładowania. Niestety Range Rover Electric nie będzie tanią zabawką.
Wielu producentów tworząc swoje samochody elektryczne uznało, że muszą one znacznie się wyróżniać od swoich spalinowych odpowiedników. Stąd też niektóre elektryki wyglądają niczym statki kosmiczne, co nie każdemu klientowi przypada do gustu. Nic więc dziwnego, że Range Rover postanowił pójść zupełnie inną drogą. „Range Rover first, Electric second” to główne motto jakim kierował się producent. Stąd też dostaliśmy klasyczny design Range Rovera z jego właściwościami terenowymi, a napęd elektryczny jest tylko wisienką na tym wyszukanym torcie.
Brytyjczycy uznali, że obecny design Range Rovera sprawdza się idealnie, więc po co go zmieniać. Stąd też wiele osób na pierwszy rzut oka nie rozróżniłoby wersji spalinowej od elektrycznej. Z zewnątrz nowy elektryk wyróżnia się bardziej aerodynamiczną osłoną chłodnicy, felgami, które doczekały się kapselka z napisem EV oraz specjalnie przeprojektowanym podwoziem. Oczywiście najbardziej zdradzać nas będą w Polsce zielone tablice. Poza tym marka uznała, że elektryk nie może być gorszy w terenie od swojego rodzeństwa. Stąd też jego głębokość brodzenia wynosi aż 900 mm, czyli tyle samo co w spalinówce. Wnętrze także zostało praktycznie przeniesione ze spalinowego Range Rovera. Jedyną różnicę dostrzeżemy na naszych cyfrowych zegarach. Tam zamiast obrotomierza znajdziemy wskazania dotyczące zużycia energii oraz zasięgu.

Żadnych ustępstw
Producent nie podszedł po macoszemu do elektrycznego układu napędowego oraz całego osprzętu. Dostaliśmy architekturę 800V oraz ogromny akumulator o pojemności 118,5 kWh. Ten pozwoli nam przejechać do 600 km według norm WLTP. Patrząc na masę tego samochodu, która i tak wzrośnie ze względu na baterię, to jak na ponad pięciometrowy kawał blachy jest to wynik niezły. Jednocześnie Brytyjczycy nie zamierzają ograniczać kierowców jego mocą. Dostajemy dwa silniki elektryczne z magnesami trwałymi, które serwują nam po 353 KM mocy. Systemowo pod pedałem gazu spoczywa 550 KM mocy oraz 850 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Dzięki takiemu zestawowi elektryczny Range Rover wystrzeli od zera do setki w zaledwie 4,3 sekundy i może nawet jeździć w trybie One Pedal.
Gdy już pobawimy się nim w terenie lub też wrócimy z pozamiejskiej przejażdżki nadejdzie czas na ładowanie. To nie będzie dla nas problematyczne, gdyż możemy go ładować z mocą do 350 kW. Tym samym uzupełnienie akumulatora z 10 do 80 procent zajmie nam zaledwie 22 minuty. Z kolei podłączenie samochodu na zaledwie 10 minut da nam nawet do 220 km zasięgu.
Niestety nie spodziewajcie się także ustępstw przy jego cenie. W Wielkiej Brytanii Range Rover Electric startuje od 154 070 funtów, gdyż dostaniemy go najwcześniej od wersji Autobiography. Z kolei za jego spalinowe wcielenie zapłacimy „jedynie” 107 530 funtów za wersję SE. Różnica nie wydaje się duża dopóki nie przeniesiemy jej na realia polskiego rynku. U nas Range Rover SE w wersji D300 MHEV kosztuje od 753 100 złotych. Więc obawiam się, że za elektryka zapłacimy ponad milion złotych.
Damian Kaletka
fot. Range Rover







