Zupełnym przypadkiem wylądowałem w tym roku na Poznań Motor Show 2026. Serio, byłem tam służbowo w firmie, w której pracuje. A plan był inny, bo miałem tam w tym roku w ogóle nie być, życie napisało scenariusz, a Konrad… no cóż, Konrad tradycyjnie „prawie był”. Podobno miał jechać, ale zaspał – więc jak to w życiu bywa, ktoś musiał go godnie zastąpić. A że pochwaliłem się, że jestem to padło na mnie. Nie dziękujcie.
Nie było mnie tam… osiem lat. Osiem. To w świecie motoryzacji mniej więcej tyle, co epoka lodowcowa i trzy liftingi tego samego modelu. Przez ten czas nasłuchałem się historii, że targi się skończyły, że „to już nie to”, że „po co jeździć, skoro co roku to samo”. A teraz? Teraz słyszę, że też źle, bo dużo marek z Chin. Czyli klasyka: było źle, jest inaczej to też źle. Stała w przyrodzie musi się zgadzać.
Targi marek z Azji
Ale żeby było uczciwie, coś w tym jest. Bez większej filozofii widać, że starzy, europejscy wyjadacze powoli zwijają żagle. Niektórzy powiedzą: „schodzą ze sceny”. Ja bym powiedział: „oddają pole młodszym”. Dla wielu z nich taka impreza przestaje się po prostu spinać finansowo. I tu wchodzą oni cali na biało (producenci z Państwa Środka). I korzystają z tej okazji bez kompleksów. Bo mogą. I chcą.

Oczywiście, żeby nie było, były też marki „nie z Chin”. Były premiery, były ładne stoiska, wszystko się zgadzało. Tylko… gdzieś to wszystko było w cieniu. Nie tylko konkurencji, ale momentami też własnej legendy. I ja to nawet rozumiem. W czasach, kiedy każdą złotówkę ogląda się dwa razy przed wydaniem, łatwiej wytłumaczyć premię dla pracownika niż budżet na stoisko, które ma „robić wrażenie”. Tymczasem u konkurencji? Sky is the limit. Budżet? Jaki budżet, jedziemy z tematem.
Pomijając już dywagacje, czy produkcja aut kosztuje tyle, co kebab na dworcu, czy ktoś tam delikatnie „dopłaca do interesu”, jedno jest pewne i cytując klasyka: Mają rozmach….

Targi to nie tylko samochody
Ale! I tu ważna rzecz. Poznań Motor Show to nie tylko wielkie koncerny. To także cała masa mniejszych firm: detailing, wrapping, tuning, akcesoria… i powiem wam jedno, tam się działo. Naprawdę. Gdybym nie musiał wracać do Krakowa i udawać dorosłego człowieka z obowiązkami, spokojnie spędziłbym tam jeszcze kilka godzin.
Do tego klasyka gatunku: strefy driftu, stuntu i wszystkiego, co sprawia, że opony płaczą, a widzowie się uśmiechają. Zapach palonej gumy unosił się w powietrzu jak perfumy tej imprezy. Każdy, dosłownie każdy od dzieciaka po dorosłego, od fana po przypadkowego przechodnia, wychodził z pokazów z szeroko otwartymi oczami… i czasem z kawałkiem opony na kurtce. Pamiątka lepsza niż magnes na lodówkę.
Nie zabrakło też firm z szeroko pojętej branży motoryzacyjnej, które pokazywały: „hej, jesteśmy i mamy się dobrze”. I co ciekawe niektóre z najprostszych stoisk były jednocześnie najbardziej dopracowane. Minimalizm? Bardziej jak: „wiemy co robimy”. Do tego dorzućmy mistrzostwa mechaników, czyli coś dla tych, którzy wolą klucz dynamometryczny od kierownicy.

Czyli jak oceniać poznańskie targi?
I teraz pytanie za sto punktów: czy czuję niedosyt? Szczerze? Trochę tak… a trochę nie. Z jednej strony brakuje tych największych marek, które kiedyś robiły efekt „wow” jeszcze zanim człowiek wszedł do hali. Z drugiej, pojawia się przestrzeń dla nowych, mniejszych graczy, którzy dzięki temu mogą pokazać się szerzej.
Jeśli uda się utrzymać sensowną równowagę i nie zrobi się z tego spektakl jednego aktora, to ta impreza nadal ma ogromny potencjał. Bo to wciąż jeden z najstarszych i najważniejszych eventów motoryzacyjnych w Polsce.

A ja? Może następnym razem pojadę tam z oficjalnym błogosławieństwem redakcji, a nie „bo akurat byłem w pobliżu”. Choć szczerze… przypadki czasem wychodzą najlepiej.
Tomasz Knapik
fot. M. Zakrzewski







