Po ponad roku ponownie zasiadłem za sterami japońskiego elektryka. Jednak tym razem otrzymałem wariant z napędem na wszystkie koła oraz mocniejszym układem napędowym. Czy Nissan Ariya z takim pakietem wypada jeszcze lepiej? I tak i nie.
Od poprzedniego testu miałem okazję usiąść za kierownicą kilku innych elektryków i to nie tylko tych od japońskiej marki. I muszę przyznać, że z nich wszystkich to właśnie Nissan Ariya wypada najlepiej. Oczywiście nie obyło się bez drobnych potknięć, jednak oferowany układ napędowy rekompensuje wszystkie wady i sprawia, że możemy go pokochać. Jednak z wyjątkiem jednej, a mianowicie zasięgu.

Futurystyczny statek kosmiczny
Japończycy zawsze notują u mnie duży plus za oryginalność samochodów. Wszystkie ich modele w znacznym stopniu się od siebie różnią i oferują nieco inny design. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy, gdyż zamiast uniwersalnego przepisu na dobry wygląd otrzymujemy coś nietuzinkowego. Tak też Nissan Ariya wyróżnia się na tle rodzeństwa swoim wyglądem i to nie w taki sposób jak np. Nissan Juke. Jej wyglądu nie da się jednoznacznie ocenić w kategorii ładny – nieładny. Jest po prostu oryginalny i nieco futurystyczny.
Ariya z pewnością przyciąga uwagę przechodniów jednak nie zawsze w ten pozytywny sposób. Da się lubić jej wygląd, ponieważ ma w sobie to coś. Jej wygląd pasuje do charakteru. Otrzymujemy nieco nieproporcjonalny i futurystyczny statek kosmiczny, który ma świetne przyśpieszenie. Muszę jedynie przyznać, że Ariya lepiej prezentowała się w bieli. Testowany przeze mnie egzemplarz został ubrany w lakier zielony aurora, jednak w większym stopniu przypomina on mieszankę czarnego z fioletem niż jakiegoś ocienia zieleni. Niemniej jednak ciemny lakier kiepsko łączy się z czarnymi akcentami w postaci grilla, czy przyciemnionych świateł. Po prostu przy gorszym świetle zaczynają się trochę zlewać. W bieli te elementy bardzo fajnie wypadały z kontrastującym lakierem. Tutaj tego zabrakło.

Widowiskowe wnętrze
Do interioru zaprowadzą nasz szeroko otwierane drzwi, co zdecydowanie ułatwia nam wsiadanie do samochodu. Od razu naszym oczom ukaże się wnętrze, którego nie powstydziłyby się samochody klasy premium. Oczywiście Nissan nie próbuje doczepiać do siebie takiej metki, jednak zadbał o prawie każdy detal samochodu i dopełnił całość dobrymi materiałami, które są przyjemne w dotyku. Choć wnętrze nadal pasuje do koncepcji futurystycznego statku kosmicznego, to czujemy się w nim dobrze. Tak jak jego nadwozie może wzbudzać mieszane uczucia, tak wnętrze jest powalające i cholernie wygodne. Kierownica dobrze leży w dłoni, a samym samochodem po prostu wygodnie się jeździ.
Oczywiście mogę doczepić się do kilku szczegółów. We wnętrzu nie znajdziemy zabudowanego tunelu środkowego, a samą konsolę środkową możemy przesunąć wzdłużnie. Zamiast niego otrzymaliśmy wysuwaną szufladę, która ma jedną zasadniczą wadę – mogłaby wysuwać się znacznie szybciej. Zaletą każdego ze schowków jest to, że mogę szybko wyciągnąć jego zawartość. Tutaj jednak musimy przytrzymać przycisk i czekać na otwarcie naszego „skarbczyka”. Jeżeli się śpieszymy może być to trochę frustrujące.
Oprócz tego otrzymaliśmy na wpół dotykowy panel służący do obsługi klimatyzacji. Musimy je „wcisnąć”, aby system zrozumiał co chcemy zrobić. Tym samym takie rozwiązanie łączy w sobie wady fizycznych przycisków, jak i dotykowych paneli, natomiast zalet brak. Jednakże projektanci upakowali je w podłużny imitujący drewnopodobny panel, który rozciąga się wzdłuż deski rozdzielczej. Przez co możemy wybaczyć inżynierom takie potknięcie. Wśród tych „przycisków” zabrakło mi jednak przełącznika od ogrzewania kierownicy, podgrzewania siedzeń, czy zmiany kierunku nawiewu. Te funkcje zostały schowane w infotainmencie.
Nie powinniśmy również narzekać na brak miejsca dla pasażerów zasiadających na tylnej kanapie. Być może dla wyższych osób przejazd Nissanem nie należałby do najbardziej komfortowych, jednak większość pasażerów nie odczuje tego problemu. Na brak miejsca nie powinny narzekać również nasze bagaże. Wizualnie bagażnik wydaje się zdecydowanie większy, jednak w testowanym przeze mnie egzemplarzu można zmieścić 415 litrów bagażu. Jeżeli jednak zdecydujemy się na wersję z napędem na jedną oś, to pojemność wzrasta do 468 litrów.

Nissan Ariya z większą mocą
Elektryk przedstawia się również imponująco na papierze. Wcześniej miałem okazję testować wersję z napędem wyłącznie na przednią oś i podczas testu kilkukrotnie doskwierał mi brak napędu na wszystkie koła. W tym egzemplarzu oprócz napędu otrzymałem również zdecydowanie większą moc. W wersji z napędem na obie osie możemy liczyć na 306 KM mocy oraz 600 Nm maksymalnego momentu obrotowego pochodzących z dwóch silników elektrycznych.
Dodatkowy silnik zupełnie zmienia wrażenia z jazdy. Już w słabszej wersji nie narzekałem na brak mocy, a tutaj mamy jej aż zanadto. Pierwsza setka wskoczy na licznik w zaledwie 5,7 sekundy. Potężną moc japońskiego elektryka możemy odczuć szczególnie w mieście. Mocniejsze naciśnięcie pedału gazu sprawia, że inne samochody zostają za nami daleko w tyle. Jednak swój prawdziwy pazur Nissan pokazuje za miastem. Dobre przyśpieszenia i odpowiednio rozłożony środek ciężkości sprawia, że bez najmniejszego problemu możemy szybko wchodzić w zakręty. Samochód wzorcowo trzyma się asfaltu. Zawieszenie również zdaje egzamin aczkolwiek mogłoby być nieco bardziej delikatne, gdyż wyczujemy nawet mniejszą nierówność. Dużą zaletą jest również cyfrowe lusterko wsteczne, do którego bardzo szybko się przyzwyczaimy i za którym będziemy potem tęsknić.
Wersja z napędem na obie osie ma jednak jedną zasadniczą wadę. Jest zdecydowanie bardziej prądożerna. Co prawda otrzymujemy większą moc, bajeczne przyśpieszenie oraz świetne właściwości jezdne, ale tracimy przy tym zasięg. Niestety w samochodach elektrycznych jest on dosyć decydującym czynnikiem. Wszak nikt nie chce samochodu, którym dojedzie wyłącznie do najbliższej ładowarki. W Nissanie nie ma aż takiej tragedii, jednak akumulator o mocy 87 kWh zdecydowanie lepiej zdaje egzamin w mniej wydajnej wersji. Rzekomo możemy na nim przejechać do 513 km na jednym ładowaniu. Cóż… być może gdyby nie opór powietrza, temperatura, infrastruktura drogowa, czy też inni uczestnicy ruchu drogowego, to może byłoby to możliwe. Jednak w praktyce musimy się liczyć ze zdecydowanie niższym zasięgiem.

A jak z ładowaniem?
Zwłaszcza, gdy chcemy nacieszyć się większą mocą i wyjedziemy za miasto. Na autostradzie przy w miarę spokojnej jeździe osiągnąłem zużycie na poziomie 31 kWh. Oczywiście, jeżeli będziemy chcieli nieco nagiąć przepisy i przybliżyć się do prędkości maksymalnej wynoszącej 200 km/h, to wskaźnik zużycia przyprawi nas o bóle zamostkowe i bardzo szybko rozejrzymy się za najbliższą ładowarką. W mieście sprawa przedstawia się nieco lepiej. Rekordowo udało mi się zejść do 13,2 kWh, jednak z reguły moje zużycie oscylowało na poziomie 16,5-17,0 kWh. I muszę przyznać, ze to właśnie w mieście Ariya sprawowała się najlepiej. Dzięki licznym buspasom mogłem zdecydowanie szybciej pokonywać moją trasę z pracy do domu i z zadowoleniem przyglądać się sfrustrowanym kierowcom, którzy ugrzęźli w wiecznych łódzkich korkach.
Jednak pojawia się pytanie, czy kupując samochód kupuje go wyłącznie do jazdy w mieście? No nie, czasem potrzebuje wyjechać w dłuższą trasę, a zasięg poniżej 300 km na autostradzie przy normalnej jeździe może mocno ograniczać nasze plany. Jeżeli jednak zdecydujemy się na dłuższą trasę, to powinniśmy liczyć się z przymusowym postojem na ładowanie. Przy korzystaniu z szybkiej ładowarki będziemy uziemieni na nieco ponad godzinę, jeśli chcemy naładować go do pełna.
Z perspektywy czasu myślę, że z dwóch testowany przeze mnie egzemplarzy szybciej kupiłbym wariant z napędem na jedną oś. Niby fajniej jest mieć więcej mocy oraz lepsze przyśpieszenie, jednak kupując elektryka z myślą o codziennym użytkowaniu postawiłbym jednak na większy zasięg. Zwłaszcza, że jeżdżąc po mieście nie miałbym zbyt wielu okazji, aby czerpać frajdę z tego przyśpieszenia. Patrząc na słupki sprzedaży, to wielu klientów jest podobnego zdania, chociaż cena również może mieć spore znaczenie.

Warto postawić na tego Japończyka?
Ile zapłacimy za japońskiego elektryka? Cennik modelu otwiera kwota 209 900 złotych w ramach której otrzymujemy podstawowy wariant Engage z mniejszym akumulatorem o pojemności 63 kWh, jeżeli jednak wolimy mieć większy zasięg, a dokładniej mówiąc baterię o mocy 87 kWh musimy dopłacić do 234 900 złotych. Napęd na wszystkie koła otrzymamy dopiero od wersji Advance, jednak będzie to już zdecydowanie kosztowniejsza przyjemność za którą zapłacimy 269 900 złotych. Jeżeli jednak chcemy wybrać topowy wariant Evolve + z najpotężniejszym układem napędowym, lepszą tapicerką oraz płatnym lakierem z naszego konta zniknie już 323 900 złotych. Czy jest to dużo? Patrząc na obecne ceny europejskich elektryków nie ma tragedii, ale nie jest również tanio. Bezpośredni konkurenci Nissana Ariya zostali podobnie wycenieni, więc można uznać, że jest to odpowiednia cena.
Jak więc finalnie wypada Nissan Ariya w swojej topowej odmianie? Cóż… myślę, że wart jest swojej ceny, jednak słupki sprzedaży dobitnie pokazują, że więcej klientów woli zakupić słabszy, lecz praktyczniejszy ze względu na nieco większy zasięg wariant z napędem na jedną oś. Większa moc sprawia, że Ariya staje się bardziej zabawką niż samochodem do codziennej jazdy, gdyż w drugim przypadku równie dobrze sprawi się tańszy wariant z większym akumulatorem, a różnica w cenie jest diametralna. Jeżeli szukasz elektryka na co dzień i zależy ci na wygodzie użytkowania kup wersję z napędem na jedną oś. Jeżeli jednak poszukujesz prawdziwych wrażeń z jazdy i lubisz gdy samochód wgniata cię w fotel, to już możesz zastanawiać się skąd skołować ponad 320 tysięcy złotych.
Damian Kaletka
Zdjęcia Nissan Ariya e-4orce 87 kWh:

































Dane techniczne Nissan Ariya e-4orce 87 kWh:
Silnik: Elektryczny
Moc: 306 KM
Moment obr.: 600 Nm
Skrzynia biegów: automatyczna
Napęd: wszystkie koła – e-4orce
0-100 km/h: 5,7 s
Prędkość maksymalna: 200 km/h
Cena: od 269 900 złotych







