Chińczycy spojrzeli na Range Rovera, a następnie uznali, że zrobią go po swojemu. Oczywiście zamiast potężnego silnika spalinowego mamy elektryczny układ napędowy i… wymienną baterię, którą możemy dostać w abonamencie.
Jeszcze kilka lat temu Nio znajdowało się na peryferiach motoryzacji. Uznało, że w dobie elektryków i długiego czasu ich ładowania można zaserwować klientom inne rozwiązanie. Mianowicie stworzyli elektryka, który ma wymienną baterię. Tę mogliśmy wymienić na specjalnej stacji Nio i zajmowało to zaledwie 3 minuty. Od tego czasu coraz mocniej rozpychają się na rynku chińskim oraz europejskim. Do ich arsenału dołącza Nio ES9, czyli nowy, ogromny flagowiec z luksusowym wyposażeniem.
Nowy elektryk stawia na nowoczesne rozwiązania i serwuje nam architekturę 900V oraz aż 697 KM mocy. Pozwala nam to wystrzelić od zera do setki w absurdalne 4,3 sekundy. Mamy także ogromny akumulator o pojemności 102 kWh, który pozwala nam przejechać 580, 600 lub 620 km na jednym ładowaniu w zależności od wybranej wersji. Wymiana tej baterii w specjalnej stacji zajmuje zaledwie 3 minuty, więc mniej więcej tyle, ile przeciętne tankowanie samochodu. Od razu w mojej głowie zapala się czerwona lampka – ile musiałoby być tych stacji w Polsce, aby wymiana tej baterii nie była uciążliwa dla kierowców. Mamy też trochę abstrakcyjną opcję, a mianowicie możemy kupić samochód w programie BaaS, czyli Battery as a Service. Dostajemy wtedy samochód bez baterii, a za sam akumulator uiszczamy miesięczny abonament. Brzmi trochę abstrakcyjnie.

Świetnie wyposażenie i wszechobecny luksus
Nio ES9 swoim designem nawiązuje do pozostałych modeli producenta. Dostajemy dwudzielne reflektory, proste linie i pudełkowate nadwozie. Z tyłu Nio udaje RoboCopa z ogromną listwą świetlną. Co więcej, jest to kawał samochodu. Mierzy on aż 5365 mm długości, 2029 mm szerokości oraz 1870 mm wysokości. Do tego może pochwalić się rozstawem osi mierzącym aż 3250 mm. Wszystko to sprawia, że we wnętrzu otrzymujemy ogrom przestrzeni dla czterech osób. Otóż w drugim rzędzie siedzeń otrzymujemy dwa fotele kapitańskie wraz z wysuwanymi podnóżkami z funkcją masażu. Co więcej, każdy z pasażerów posiada swój własny ekran.
Zaś z przodu dostajemy 15,6-calowy centralny ekran wraz z 48-calowym wyświetlaczem rozciągającym się wzdłuż deski rozdzielczej. Nie zabrakło także wyświetlacza typu head-up oraz wysokiej jakości materiałów. Cała kabina wygląda świetnie, a jazda tym samochodem ma przypominać podróż prywatnym odrzutowcem naszpikowanym luksusem. Za ten luksus nie zapłacimy o dziwo majątku. Podstawowa wersja pozbawiona baterii startuje od około 210 000 złotych. Z kolei wariant z baterią to już wydatek rzędu 267 000 złotych. Oczywiście jest to cennik chiński przeliczony na złotówki. Ten samochód nie jest jeszcze dostępny w Europie. Znając obecne realia, to w Polsce po wszystkich kosztach jego cena mogłaby przebić próg 500 000 złotych.
Damian Kaletka
fot. Nio







