Le Mans ’66 wchodzi do kin

W piątek 22 listopada polska premiera filmu Le Mans ’66. To obowiązkowa propozycja dla wszystkich petrolheadów.

Na początku lat 60. XX w. Ford był ogromnym imperium samochodowym. Produkowali całe mnóstwo samochodów, w tym także mocne i luksusowe pojazdy. Oczywiście Ford brał udział w wyścigach, ale jako producent fabryczny tylko na swoim gruncie, w USA. Brakowało im większego poszanowania w sportach motorowych w Europie.

Henry Ford II chciał poprawić tę sytuację poprzez starty w wyścigach długodystansowych. Był nawet u progu kupienia całej firmy Ferrari, która potrzebowała wtedy inwestora. Enzo Ferrari był skłonny sprzedać firmę, ale z jednym zastrzeżeniem – Scuderia nadal będzie pod jego wyłączną kontrolą. Ukochany zespół wyścigowy tak wiele znaczył dla Ferrariego. Amerykanie się nie zgodzili i wszystko szlag trafił dosłownie na ostatniej prostej.

5d7e37843840b Le Mans 66 wchodzi do kin

Po tym publicznym odtrąceniu, w momencie kiedy Ford już wydał kilka milionów na dogłębny audyt w Maranello, Henry był wściekły. Zażądał zbudowania auta, które pojedzie do Francji i zniszczy piękne i egzotyczne Ferrari w Le Mans. Wykonawcą wyroku miał być Carroll Shelby oraz angielski kierowca wyścigowy Ken Miles. O takich historiach mówi się, że są jak z filmu. Teraz ten film właśnie powstał.

Damon, Bale i przede wszystkim samochody

Wytwórnia 20th Century Fox i reżyser James Mangold zabierają nas w podróż do szalonych lat. 60. Są to czasy, gdy samochody były piękne, a w wyścigach startowali sami twardziele. W rolę tych twardzieli wcielili się najlepsi – Matt Damon i Christian Bale.

Nie znam się na grze aktorskiej, dlatego nie oceniam pod tym kątem. Wiem za to, że film zrobiono po hollywoodzku. Jest dramat, jest kawałek dobrego humoru, rozmach, przyjaźń i rywalizacja. Sceny wyścigowe to wręcz uczta dla oczu i uszu automaniaków. Zadbano o detale i ścisłą zgodność z historią, a auta wyglądają i brzmią po prostu cudownie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: Ferrari V12, Porsche z bokserem, stara Shelby Cobra i oczywiście Fordy GT40 z 7-litrowymi V8. Czego chcieć więcej?

Bartłomiej Puchała

Dyskusja

komentarzy

Bartłomiej Puchała

Bartek Puchała

Nie jest fanem szybkiej jazdy. Dużo większą przyjemność sprawia mu płynność prowadzenia. Dziennikarstwo motoryzacyjne to dla niego zabawa i hobby, choć marzy o przejściu na zawodowstwo. Miłośnik youngtimerów i sleeperów oraz kultowego już Top Gear - posiadacz wszystkich wydanych numerów polskiej wersji magazynu. Na co dzień upala prawie trzydziestoletnie W124.