Fury Kalety: Dodge Challenger

Są takie samochody, które mają mało mocy, a mimo to prowokują kierowcę do ruszania z piskiem opon, przyspieszania w zakrętach i jak najszybszego startowania spod świateł. Dodge Challenger jest takich samochodów zupełnym przeciwieństwem.

Witajcie w drugim artykule z cyklu #furykalety. To teksty, które są uzupełnieniem mojego profilu na Instagramie, gdzie opisuje wrażenia z jazdy różnymi autami. Pierwszy artykuł znajdziecie tutaj, a mój profil – tutaj. Koniec reklamy, wracamy do Dodge’a.

DSC01676 1024x682

Amerykańskie V8 V6

Challenger, którym jeździłem to podstawowa wersja silnikowa. Oznacza to, że pod ogromną maską znajdziemy sześciocylindrowy motor o pojemności 3,6 litra i mocy 309 koni mechanicznych. Cały napęd trafia oczywiście na tył, a za jego przeniesienie odpowiada nieco leniwy, ośmiobiegowy automat. Do setki Dodge rozpędza się w 6,2 sekundy, a maksymalnie jest w stanie pojechać nieco ponad 220 kilometrów na godzinę. Tak jak wspomniałem, jest to najsłabsza wersja. Challengera tej generacji można kupić też z silnikami V8 o mocy 384, 477, a nawet 707 koni mechanicznych (w wersji Hellcat), ale nie wiem, czy jest taka potrzeba.

Oczywiście mocniejsze wersje na pewno prowadzą się inaczej, ale po przejażdżce Challengerem z V6 uważam, że to nie jest samochód sportowy.

DSC01631 1024x627

Relaksujące 306 koni

Na początku napisałem, że Dodge nie prowokuje do szybkiej jazdy. To mało powiedziane – on prowokuje do spokojnej jazdy. Miękkie zawieszenie, lekko chodząca kierownica i nieprzesadnie szybki automat sprawiają, że tym autem przyjemniej jeździ się powoli. Osobiście uwielbiam takie samochody. Wiemy, że mamy pod nogą zapas mocy, ale nie czujemy się w obowiązku cały czas z niego korzystać. Najbardziej zbliżone wrażenia z jazdy miałem w Jaguarze XJ z 300-konnym V8.

Taka charakterystyka układu jezdnego Dodge’a sprawia, że to auto raczej nie odnalazłoby się na torze (w tej wersji), ale jest za to świetnym autem do jazdy na co dzień. Chociaż raczej w trasie niż po mieście…

DSC01565 1024x682

Dodge Challenger to spore auto

Pięć metrów i dwa centymetry długości sprawiają, że nie zmieścimy się na każdym miejscu parkingowym. Długa maska i tylny zwis nie ułatwiają manewrów. Małe okna i kiepska widoczność sprawiają, że czasem musimy kręcić się na fotelu kierowcy, żeby zobaczyć, czy na pewno nic nie jedzie z prawej. Z drugiej strony, te zdania można napisać o wielu nowych samochodach, często bez żadnych aspiracji sportowych. Challenger wynagradza to przynajmniej przyciągającą wzrok stylistyką.

DSC01543 1024x796

Przyciąga wzrok, ale…

…bardziej podobał mi się na zdjęciach. Na żywo Challenger jest ciężki – według mnie nieco za ciężki. Wygląda elegancko, a linia nadwozia jest bardziej klasyczna niż we współczesnym Camaro czy Mustangu. Czegoś jednak mi w nim brakuje. Może to kwestia koloru, może nie ma jakichś dokładek, które widziałem na zdjęciach, ale wizualnie Challenger mnie nie urzekł – oczywiście to kwestia gustu.

DSC01556 1024x716

Amerykańskie wnętrze

Tutaj zaskoczyłem się pozytywnie – tyle nasłuchałem się o słabym wykończeniu wnętrz amerykańskich aut, a jest naprawdę nieźle. Poza lakierem, który zszedł z kierownicy, wszystko wydaje się solidne i dobrze spasowane. Materiały nie są może najwyższej jakości i do marek europejskich wciąż trochę brakuje. Jednak tam, gdzie ma być miękko, jest miękko, nic nie skrzypi, ani nie razi w oczy. Najbardziej spodobały mi się zegary. Są zaprojektowane z klasą, a ich klimat retro dobrze współgra z nadwoziem i jednocześnie jest przyjemnym akcentem w skomputeryzowanym wnętrzu. Niestety, zdjęcie samych zegarów gdzieś mi zaginęło.

DSC01596 1024x797

Amerykański klimat

Jednego Challengerowi nie można odmówić – ma coś w sobie. Pierwsza rzecz to chyba właśnie klimat. Za jego kierownicą czułem się, jakbym grał w GTA San Andreas, fragment A4, którym jechałem wydawał się amerykańskim hajłejem, a Tico, które siedziało mi na ogonie (mówiłem, że Dodge nie prowokuje do szybkiej jazdy) zacząłem podejrzewać o bycie nieoznakowanym radiowozem.

Druga rzecz to też klimat, ale nie amerykański, a ten towarzyszący obcowaniu z klasyczną motoryzacją. Spory silnik, leniwy automat, napęd na tył i nieudawane retro akcenty – takich aut już nie robią.

DSC01560 1024x618

A jak wam podoba się Challenger? Dajcie znać i wpadajcie na mojego Instagrama – niedługo pojawi się tam więcej amerykańskich wozów.

Wojciech Kaleta
Zdjęcia: Klemensh Media

Dyskusja

komentarzy

Wojciech Kaleta

Student dziennikarstwa i pasjonat motoryzacji. Pisanie na bloga to dla niego praktyka zawodowa i jednocześnie rozrywka po dniu na uczelni. Teoretycznie posiada Fiata Stilo, ale częściej wybiera komunikację miejską, lepiej nie pytajcie dlaczego.