Ostatnie działania zarządu Stellantis są dla wielu osób niezrozumiałe. Mając gotowy produkt, który świetnie się sprzedaje wycofują go, by za chwilę posypać głowę popiołem i przyznać, że coś poszło nie tak.
Trudno jest oceniać działania koncernu i jego zarządu z pozycji fotela przed komputerem. Pomimo tego, że wiele decyzji może się wydawać irracjonalnych, to finalnie mają one przynieść zysk. Niestety Fiat w swoich decyzjach mocno się pogubił. Nie tak dawno pisaliśmy o wycofaniu z produkcji samochodu, który przez przeszło 17 lat sprzedawał się jak świeże bułeczki. Mowa oczywiście o produkowanym w Polsce modelu 500. Od tej pory w ofercie została tylko elektryczna wersja, która powstaje we Włoszech. Może włoski rząd to lubi, ale wyniki sprzedaży nie podzielają jego entuzjazmu. To był strzał w stopę. Samochód nie sprzedaje się dobrze, by nie powiedzieć, że sprzedaje się źle. Tym samym Stellantis, który chce być proeuropejski i wierzy z zapewnienia o pełnej elektryfikacji w przeciągu najbliższych kilku stał się pośmiewiskiem.

Po kilku miesiącach marazmu (gdy był jeszcze czas na wycofanie się z decyzji o zamknięciu projektu 500 w polskiej fabryce) Fiat triumfalnie ogłosił, że da ludziom to czego chcą. Będzie to spalinowa wersja 500-tki. Problem jest w tym taki, że musi kolejny raz zainwestować grube pieniądze na przeprojektowanie elektryczne 500-tki w wersje mniej ekologiczną. I gdzie jest tu sens? Samochód ma trafić na rynek na przełomie 2025 i 2026 roku, więc będą to kolejne dwa lata straty. A przypomnę po raz kolejny – powstający w Tychach nadal bardzo dobrze się sprzedawał.
A co więcej wiemy o dziwnym kroku koncernu Stellantis? W nowym wydaniu 500-tki znajdziemy dobrze znany silnik benzynowy o mocy 70 KM, który będzie wspomagany przez silnik elektryczny. W ten oto sposób do dyspozycji będziemy mieli miękką hybrydę. Spodziewany wolumen sprzedaży to około 100-110 tysięcy egzemplarzy rocznie. To dwukrotnie lepszy wynik niż elektryczna wersja tego samochodu.

Z racji zmiany miejsca produkcji na Włochy oraz coraz bardziej rygorystycznych wymogów dotyczących wyposażenia nowych samochodów można się spodziewać, że samochód będzie kosztował około 63-65 tysięcy złotych. Aktualna wersja jest minimalnie tańsza i kosztuje od 61 tysięcy złotych. Wspomniana wyżej podwyżka nie powinna jednak mieć wpływu na popyt. 65 tysięcy złotych to nadal dwukrotnie mniej niż trzeba zapłacić za 500-tkę z wtyczką.
Decyzje Stellantis są dziwne. Dwa lata oczekiwania w motoryzacji to przepaść, o czym przekonaliśmy się na przykładzie Tonale. Koncern jednak nadal nie wyciągnął wniosków. Pozostaje mieć nadzieje, że za dwa lata klienci nie odwrócą się od małego miejskiego pojazdu ze znaczkiem Fiata. W przeciwnym razie los marki w Europie może być wystawiony na bardzo ciężką próbę, która może zakończyć się podobnie jak niegdyś sytuacja Lancii.
Tekst: Paweł Oblizajek
Zdjęcia: Fiat








Komentarze 2