Na mapie motoryzacyjnej znajdziemy kilka samochodów, które pomimo przestarzałych konstrukcji nadal cieszą się popularnością. Jednym z nich jest Dodge Durango, który po 20 latach doczeka się nowej generacji.
Muszę przyznać, że jak na Europejskie standardy jest to prawdziwy ewenement. Jednak musimy wziąć poprawkę, że mówimy o rynku amerykańskim, w którym tętnią życiem ogromne, wielocylindrowe silniki, a nie kompaktowe kosiarki ze Starego Kontynentu. Tym samym Amerykanie nie potrzebują hybryd, elektryków czy redukcji emisji CO2. Oni potrzebują ogromnego SUV-a z ogromnym silnikiem, do którego zmieszczą całą swoją rodzinę i dojadą gdzie im się tylko podoba. Właśnie w tym miejscu pojawia się Dodge Durango, którego obecna generacja zadebiutowała w 2009 roku.
Dokładnie, Dodge montuje swojego SUV-a już od ponad 16 lat i nie zamierza zaprzestać jeszcze przez najbliższe lata. Jednak wszystko ma swój koniec i Stellantis planuje jego czwartą generację. Jednak nie zobaczymy jej w przyszłym roku, lecz…. dopiero w 2029 roku. Tym samym obecna odsłona będzie na rynku aż 20 lat. Co więcej, klienci nadal ustawiają się po niego w kolejce. Jak łatwo się domyślić producent ma przed sobą ciężkie wyzwanie. Musi stworzyć samochód, który pokochają klienci, a jednocześnie nie może przegiąć, aby nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Pozwoli to montować nowego Durango przez kolejne dekady.

A co pod maską?
Co wiemy o następcy klasyka amerykańskiej motoryzacji? Niewiele. Nowa odsłona będzie montowana w fabryce marki w Detroit, a samo jej przystosowanie do produkcji tego modelu zakosztuje markę aż 130 milionów dolarów. Iiiii… to tyle z potwierdzonych informacji. Reszta to tylko nasze domysły oraz wskazówki zaczerpnięte od innych marek spod parasola Stellantis. Rozsądnym zagraniem byłoby zaserwować klientom platformę STLA Large, z której obecnie korzysta Jeep Wagoneer S, Cherokee, a nawet Dodge Charger. Pozwoli ona Amerykanom na pokazanie pełnego wachlarza swoich zdolności. Płyta ta pozwala na zastosowanie architektury 400 i 800V, napędu hybrydowego, czy też czystego benzyniaka. Tak więc mamy wiele możliwości, a tym samym łatwiej klientom będzie dostać wymarzony napęd.
A tych Dodge ma na pęczki. Moglibyśmy dostać 3-litrowego, sześciocylindrowego rzędowego Hurricane Twin Turbo z Chargera Scat Pack. W mocniejszych wariantach dostajemy aż 550 KM mocy oraz 840 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Takie liczby świetnie sprawdziłyby się w ponad 5-metrowym, masywnym SUV-ie, Z drugiej jednak strony nawet słabsza odmiana tego silnika dostarcza 420 KM i 540 Nm momentu obrotowego, co również byłoby wystarczająco. Alternatywnie moglibyśmy dostać 2-litrowe Hurricane 4 Turbo o mocy 324 KM i 450 Nm momentu obrotowego.
Zapomnijcie o hybrydach typu plug-in, bo tych raczej nie zobaczymy w amerykańskiej ofercie Dodge’a. Sensowniejszą propozycją byłaby miękka hybryda przy której nie trzeba marnować czasu na ładowanie. Nie zabraknie również wariantu czysto elektrycznego. Gdyby Stellantis zdecydowałoby się przenieść napęd z Chargera, to dostalibyśmy 670 KM i 850 Nm maksymalnego momentu obrotowego oraz baterię o pojemności 100,5 kWh. Chyba, że do tego czasu pojawi się wyśniona, bardziej hardcorowa wersja Chargera o mocy 1000 KM. Po więcej informacji musimy poczekać jeszcze kilka lat. Jednak z pewnością będzie na co czekać.
Damian Kaletka
fot. Dodge







