Nie będę udawał obojętności. Na ten samochód czekałem przebierając nogami. Jeszcze zanim pomyślałem o tym, że będę miał okazję spędzić z nim chwilę, parę zdjęć w odpowiedniej konfiguracji wystarczyło, żeby coś we mnie kliknęło. Mazda 6e wizualnie skradła mi serce od pierwszego rzutu oka, a im bliżej było do weekendu z nią, tym bardziej odliczałem dni.
Może to kwestia sentymentu. Jeździłem poprzednią generacją, kiedy 6-tka była wyłącznie spalinowa i choć naprawdę lubiłem to auto, to silnik nigdy nie był moją ulubioną częścią tej relacji. Dlatego teraz, gdy pojawiła się elektryczna odsłona, ciekawość wymieszała się z ekscytacją. Po prostu miałem ogromną ochotę sprawdzić, jak ta znajoma sylwetka i klimat Mazdy odnajdują się w zupełnie nowej technologii i czy ta historia może zacząć się na nowo. No i najważniejsze. Czy zmiana z „crafted in Japan” na „made in China” nie wyrządziła krzywdy temu sedanowi?
Test wideo Mazda 6e:
Wizualny majstersztyk
Z zewnątrz 6e wygląda nawet lepiej niż na zdjęciach. Szczególnie w tej scenerii, gdzie czerwony lakier Soul Red kontrastuje z zimową bielą tak, jakby ktoś specjalnie ustawił ją do katalogowej sesji. Linia nadwozia jest płynna, ma w sobie coś z klasycznej elegancji Mazdy, tylko przefiltrowanej przez współczesną elektryczność. Przód szeroki, niski, z charakterystycznym grillem (z podświetlanym logo i blendą świetlną) i dość ostrymi liniami jak na elektryka. To sprawia, że auto wygląda, jakby wiedziało o swojej urodzie i nie miało potrzeby się nią zbytnio chwalić. Felgi aerodynamiczne świetnie dopełniają całości, a cała sylwetka, mimo że nowoczesna, nie wpada w przesadny futuryzm. Jest w tym aucie taka przyjemna proporcja: trochę drapieżności, trochę elegancji i masa detali.

Wnętrze niczym luksusowy apartament
Otwierasz drzwi (po nocy z temperaturą -8 stopni nie było problemu z klamkami), siadasz i przez chwilę po prostu nic nie mówisz, bo jest za ładnie, żeby od razu szukać słów. To połączenie jasnobrązowej skóry i weluru wygląda tak dobrze, że aż trudno uwierzyć, że to nie jest jakiś koncept z targów. Materiały są miękkie, świetnie spasowane, a całość ma w sobie taką przyjemną, ciepłą elegancję, która od razu sprawia, że chcesz tu zostać trochę dłużej. Dla mnie to jedno z najładniejszych wnętrz, w jakich kiedykolwiek siedziałem. Serio, bez cienia przesady. No i jest mój ulubiony bajer, czyli głośniki w zagłówkach. Po odebraniu połączenia reszta głośników się wyłącza, a tylko te za uszami kierowcy pozostają aktywne.
Przed kierowcą znajdziemy, czytelny ekran, a pośrodku dominuje ponad 14-calowy wyświetlacz. Mimo tej cyfrowości kokpit nie przytłacza — jest uporządkowany i przejrzysty, ale niepraktyczny. Ustawienia wycieraczek? Na ekranie. Światła? Na ekranie. Lusterka? Musisz wybrać opcję z ekranu i ustawić z kierownicy. No ludzie, czy nikt nie wymyślił fizycznych przycisków i musimy na nowo wymyślać koło? Po bokach miejsca jest naprawdę sporo, a konsola środkowa dobrze oddziela przestrzeń, nie zabierając jej. Na konsoli mamy podwójne dno, którego nie jestem fanem. Podczas jazdy niemożliwe jest sięgnięcie tam czy podłączenie telefonu do złącza USB-C.
No i najgorszy dla mnie element. Mazda 6e produkowana jest w Chinach, a największym tego dowodem jest sam system. Graficznie jest bardzo podobny do tego z Geely czy Jaecoo i tak samo ma problemy z tłumaczeniem. Nie brakuje zwrotów takich jak „Zap poz jazd”, „Oświet otocz” czy „Św + dzw”. Sorry, ale nie chce się domyślać, co się stanie po wybraniu konkretnej opcji. Zdecydowanie do poprawy.

Jeśli chodzi o praktyczność, to bagażnik jest długi, ale to typowa cecha sedana. Nie ma tu podwójnej podłogi ani żadnych sprytnych schowków, więc liczy się raczej przestrzeń „na długość” niż wszechstronność. Bagażnik tylny to 466 litrów, a do naszej dyspozycji pozostaje jeszcze „frunk” o pojemności 72 litrów z przodu. Jak najbardziej porządny wynik.
Czy napęd elektryczny to przyszłość Mazdy?
Jak sama nazwa wskazuje, 6e jest napędzana zeroemisyjną energią elektryczną. Główną rolę gra tutaj litowo-jonowa bateria o pojemności 68,8kWh, która realnie oferuje około 350-380 kilometrów zasięgu. W warunkach zimowych, które widzicie na zdjęciach, samochód wskazał zużycie w okolicach 18,8 kWh/100 km. Z 20 kilometrowym odcinkiem A4 z tempomatem aktywnym ustawionym na 140 km/h zużycie wyszło na poziom 24/25 kWh/100 km. Nie jest to więc auto na długie trasy, no chyba, że weźmiemy wersję Long Range z baterią 80 kWh.
258 koni mechanicznych jest w całości kierowane na tylną oś, trzeba więc uważać na trakcję. Pomimo napędu na tył, promień zawracania jest zdecydowanie większy, niż się tego spodziewałem – na poziomie 11,6 metra. Mając doświadczenie ze Skodą Elroq czy Volkswagen ID.7 byłem nieco zdziwiony, bo w elektrykach tych gabarytów byłem przyzwyczajony do lepszego wyniku.
Skoro bateria wyczerpie się dość szybko, co z ładowaniem? Prądem stałym naładujemy się z maksymalną mocą do 165 kW, dzięki czemu po 15 minutach ta piękna Mazda powinna być gotowa do pokonania 235 kilometrów.

Na drodze zdecydowanie rządzi
Za kierownicą „szóstki” od razu czuć, że dla Mazdy priorytetem było jak najlepsze połączenie kierowcy z samochodem. Jest tu naturalny feeling auta, lekkość oraz precyzja, dzięki której auto prowadzi się jak po sznurku. Na początku toczyłem małą walkę z pedałem hamulca, bo działał zero-jedynkowo i trudno go było wyczuć, ale dość szybko to minęło.
Wyciszenie stoi na absolutnie światowym poziomie. Mamy tu bezramkowe szyby i dach panoramiczny, więc teoretycznie powinno tu być więcej szmerów, jednak towarzyszy nam cisza. Do tego zawieszenie, które świetnie wybiera nierówności, a na trasie pozwala komfortowo płynąć. Fajnie działa też automatyczna rekuperacja, która sama dobiera siłę hamowania. Ja wolę jednak klasyczne rozwiązanie z trybem B do wyboru przy kolumnie kierownicy.
Cenowo stoi na dobrym poziomie
Uważam, że Mazda 6e zdecydowanie broni się ceną, patrząc na jakość samochodu i ile serducha zostało w niego włożone. Bateria podstawowa, czyli 68,8 kWh startuje cennikowo od 198 200 złotych, a do wersji Long Range musimy dołożyć jedynie 5000 zł. Różnice w wyposażeniu pomiędzy wersją Takumi, a tą z dopiskiem Plus nie są zbyt duże, a plusem jest pompa ciepła jako wyposażenie standardowe. Za lakiery musimy wyłożyć tutaj od 3900 złotych (prócz białego), ale zdecydowanie warto dołożyć do niesamowitego Melting Copper czy do Soul Red (na zdjęciach). Ta obłędna tapicerka do standard dla wersji Plus, natomiast w Takumi możemy wybierać tylko między czarną skórą a jasnobeżową.
Konfigurator Mazdy przewiduje przede wszystkim akcesoria, ale dużo dostajemy w standardzie. Mowa tu chociażby o 19-calowych kołach, wyświetlaczu head-up, elektrycznej klapie, kamerach 360 czy bajecznym systemie nagłośnienia Sony.
Zajrzyjcie również na nasz kanał na YouTube
Zatrzymaliśmy się więc w okolicach 206, no 207 000 złotych. Minus obecna (jeszcze) dopłata z rządowego programu – robi nam się mniej więcej 170 000 złotych za naprawdę świetnego sedana z napędem elektrycznym. Mazdo, naprawdę kawał dobrej roboty a do niemalże perfekcji brakuje mi tylko jednego. Aktualizacji systemu, która sprawi, że znajdziemy w nim niczym nieskaleczony język polski.
Kacper Mazur
Galeria Mazda 6e Takumi Plus:










































Dane techniczne Mazda 6e Takumi Plus:
Silnik: elektryczny
Moc: 258 KM
Moment obr.: 320 Nm
Prędkość maks.: 175 km/h
0-100 km/h: 7,6 s
Bateria: 68,8 kWh
Zasięg: około 380 km
Cena testowanego egzemplarza: 207 000 złotych
Za użyczenie samochodu do testu dziękuję salonowi
Mazda Kazoku Luzar w Wieliczce







