Używane: 1994 BMW M3 E36

Dla niewprawnego motoryzacyjnie oka to tylko stare BMW, których największe stężenie na metr kwadratowy obserwować możemy pod dyskotekami. Jeszcze do tego wersja, którą akurat mi przyszło opisywać, to wersja cabrio. Jednak jeżdżąc tym już prawie klasykiem, nie słyszę gdzieś w podświadomości szelestu ortalionu. Jedyne co słyszę – i to bardzo głośno – to ryk trzylitrowej „rzędówki”…

Jak już pisałem wcześniej, na pierwszy rzut oka, to po prostu stary kabriolet, którym nieudolnie można sobie pomagać w czasie kryzysu wieku średniego. Jednak warto tym naszym okiem wykonać również drugi rzut. Wtedy to dostrzec można znaczki M-Power, które u prawdziwego pasjonata przyspieszą bicie serca. Każdy z nas powinien wiedzieć, że znaczek ten od ponad dwudziestu lat gwarantuje szeroki uśmiech na twarzy.

Małym minusem testowanego egzemplarza jest fakt, iż nie jest to wersja „po lifcie”, czyli nie ma 321 KM, a jedynie (jedynie?) 286 KM. Mocniejsza wersja gwarantuje sporo lepsze osiągi, jednak przy podwyższonej awaryjności. Niestety tak to już jest, że im nowsze mocarne wersje cywilnych samochodów, tym częściej odwiedzamy mechanika… Jednak my nie o tym. Ten samochód ma nieprawdopodobną zdolność do dawania radości kierowcy. Przedliftowe E36 to ostatnia generacja M3, która nie posiadała systemu kontroli trakcji. To gwarantuje duże emocje, nie skażone żadnymi systemami dla starszych panów w krawatach, którzy kupują aktualne generacje M3, bo są po prostu najdroższymi wersjami. W głowie mam jedną myśl: nie ma kontroli trakcji, jest za to prawie 300 koni mechanicznych i napęd na tylną oś – zobaczmy jak to lata! Nie mogę się doczekać aż ruszę z miejsca…

Lata więc bardzo dobrze. Samochód bardzo łatwo składa się w poślizgi. Nie ma jednak mowy o braku kontroli nad tym, co się dzieje. Auto poddaje się każdej umiejętnej kontrze, pięknie pracuje gazem i czuje się w nim każdą zmianę przyczepności. Po prostu aż się chce widzieć świat przez boczną szybę. A w tym modelu można widzieć świat nie tylko bokiem, ale również górą, bo jest to kabriolet. Generalnie nie jestem fanem tego typu nadwozia, jednak temu modelowi nadaje niebanalnego charakteru, którego trochę brakuje tradycyjnym wcieleniom modelu E36. Brak dachu ułatwia również poczucie, jak pozytywnie porąbane jest to auto. Kabriolet jest trochę mniej sztywny, ale pozwala rejestrować frajdę, właściwie każdym zakończeniem nerwowym, jakie jest na naszym ciele. No, prawie każdym…

Są też minusy. Model ten, niestety ma zszarganą opinię i przez to będzie musiał dłużej niż np. konkurencyjny Mercedes W202 czekać aż stanie się klasykiem. Nie chodzi tu o klasyka w rozumieniu prawa, ale klasyka w rozumieniu społeczeństwa. Jak na razie jest to po prostu najszybsza wersja tych „beemek”, którymi jeździ sporo szaleńców i mistrzów prostej. Warto się jednak zastanowić nad zakupem takiego okazu. Na moje oko, bariera utraty wartości jest już naprawdę blisko.

Czyli kupując taki samochód na pewno już dużo nie stracimy przy ewentualnej odsprzedaży. Niedługo samochody te staną się tym upragnionym klasykiem, a ich ceny najpierw się zatrzymają, by później iść powoli w górę. Taka sama historia dotyczy choćby legendarnego modelu Porsche 911 z kultowej serii 993 – ostatniej chłodzonej powietrzem. Ich ceny, aktualnie są wyższe, niż nowszej generacji 996. To normalne zjawisko, które za kilka lat, będą na własnej skórze (a może lepiej powiedzieć „na własnej karoserii”) odczuwać właściciele zadbanych M3 E36. Polecam kupić, poszaleć i jeszcze na tym nie stracić.

Jednak zawsze podkreślam, że przy ocenie leciwych samochodów, trzeba brać pod uwagę to, jakie one były na tle konkurencji, w okresie swojej świetności. W tym przypadku będzie to rok 1994. Wyobraźmy sobie zatem, że w połowie lat 90-tych, gdy w Polsce, Ford Sierra był wyznacznikiem dobrej pozycji społecznej, dostajemy w swoje ręce taką szaloną „emkę”. Jak wielkie to musiało być przeżycie dla kierowcy, jak dumny musiał się on czuć, podróżując trzystukonnym potworem, od CPN-u, do CPN-u. Żeby wrażenie było adekwatne, na współczesne czasy, musielibyśmy teraz jeździć co najmniej Lamborghini Galladro.

M3 E36 warto więc docenić. Najbardziej za to, że możemy w nim poczuć klimat tych szalonych lat 90-tych, kiedy to rozwiązania techniczne pozwalały już na to, by samochód naprawdę wyśmienicie się prowadził, jednocześnie nie będąc jeszcze skażonym rozwiązaniami wymuszonymi ekologią i przymusową „idiotoodpornością” – ESP, czy inne dziwne systemy. Stare M3 to samochód dla prawdziwego kierowcy, nie dla bogatego, nadętego krawaciarza, którego bijący z zębów blask nawet nie jest w stanie go oślepić, przez jego fotochromatyczne lusterko.

Dyskusja

komentarzy