Walka z korozją ma nowego sojusznika!

Niestety, czy nam się to podoba czy też nie, pomału, maleńkimi kroczkami nadchodzi zima – najgorsza pora dla blach naszych samochodów. Sól, chlorek, błoto i woda będą próbowały przeprowadzić zmasowany atak na każdy odsłonięty lub źle zabezpieczony element naszego auta. Czy można temu jakoś zapobiec?  

 

Pamiętam jeszcze jak w latach 90-tych każdy nowy samochód, który pojawiał się w moim domu, najpierw, w dniu odbioru z salonu, był przez mojego ojca odwożony do firmy, która nanosiła na spód maski, doły drzwi, do wnętrza progów specjalne brunatne mazidło, które wyglądało strasznie, ale zatrzymywało rozwój korozji. Takie samochody jak Fiat 126p, Skoda Favorit czy wreszcie Daewoo Nexia chrupało aż miło – w zasadzie stojąc obok tych aut słychać było jak „ruda” wcina kolejne elementy, ale nie egzemplarze mojego ojca. One były wolne od nawet najmniejszego rdzawego nalotu przez lata.

Na przełomie wieków w zasadzie każdy samochód – z wyjątkiem japońskich i koreańskich modeli – opuszczał fabrykę już fabrycznie ocynkowany, co przynajmniej teoretycznie powinno przeciwdziałać korozji. Nic bardziej mylnego. Obejrzycie sobie podwozie 5-, 6-, nie mówię 10-letniego samochodu. Co tam najczęściej zobaczycie? Ano niestety – jedną rdzę! I wcale nie musi to wynikać z powypadkowej przeszłości. Firmy, które w Polsce odśnieżają drogi nie oszczędzają przecież na zawartości soli i żrących chlorków w swoich solarkach. Dlatego coraz więcej właścicieli, także nowych aut, wraca do dobrej, starej i sprawdzonej metody zabezpieczenia.

2239 1024x768 Walka z korozją ma nowego sojusznika!

Gdy jednak zdecydujemy się zabezpieczyć samochód, musimy jeszcze wybrać sposób na jak najskuteczniejszą metodę – tak, żeby całej operacji co chwilę nie powtarzać. W tym miejscu mogę coś dodać z własnych doświadczeń. Do zeszłego roku miałem w garażu Mercedesa W123, który przez poprzedniego właściciela, co było dla mnie nie lada istotnym argumentem podczas zakupu, został zabezpieczony (podwozie, progi i nadkola) przed rdzą. Na czym polegało to zabezpieczenie?

Wtedy jeszcze tego nie widziałem, ale poprzedni użytkownik mojej Beczki wybrał najtańszą i najgorszą metodę. Zalał wszystko Bitexem, poczekał aż stwardniało i uznał, że poczciwy Mercedes jest świetnie zabezpieczony przed korozją. Jakże się mylił – pod twardą powłoką zostało sporo wilgoci, a sam Bitex po mniej więcej 2 latach zaczął odpadać płatami, odsłaniając przy tym całe połacie zardzewiałej podłogi. Beczkę zmuszony byłem sprzedać, bo remont przerósłby moje możliwości. Jaki z tego morał?

10110 Walka z korozją ma nowego sojusznika!

Ano taki, że zabezpieczenie trzeba zrobić z głową, a większość preparatów na rynku, tak jak poczciwy Bitex, staje się po nałożeniu twarda, przez co z czasem pęka, dopuszczając pod swoją powłokę wszystko to, co znajduje się na drodze; piach, błoto, solankę. Dodatkowo wiele preparatów na bazie wosku – nawet te bardzo polecane na forach środki do zabezpieczania blachy przed korozją – szybko wysycha, nie tylko nie tworząc pożądanej ochrony, ale jeszcze zbierając pod swoją dziurawą jak sito strukturę dodatkową porcję wilgoci.

Polecam zatem porzucić pomysł na zabezpieczenie auta preparatem na bazie wosku, tym bardziej nie stosujcie Bitexu!!!, i spróbować czegoś innego. Od niedawna na polskim rynku dostępny jest Preparat Mike Sanders Korrosionsschutzfett, którego struktura, dzięki tłuszczom i olejowi mineralnemu w strukturze, nigdy nie twardnieje. Mike Sanders nie wysycha, nie traci też lepkości – jest brudzący przez wiele lat. Dodatkowo, dzięki technologii nakładania gorącego, bo rozgrzanego aż do 120 stopni Celsjusza Sandersa, każdy element nim zabezpieczany jest porządnie spenetrowany, a struktura zabezpieczenia rozkłada się równomiernie na całej powierzchni.

 

 

Mike Sanders Korrosionsschutzfett można nakładać specjalnym pistoletem – co ułatwia penetrowanie trudno dostępnych miejsc – lub pędzlem. Czas zabezpieczenia średniej wielkości auta to ok 3 dni. Cena całej operacji rozpoczyna się od około 1300 zł, oczywiście cała operacja przeprowadzona jest w warsztacie współpracującym z niemiecką marką.
No dobrze, a czy Mike Sanders ma jakieś wady?

Przed jego nałożeniem trzeba porządnie okleić każdy element z tworzywa sztucznego, tapicerkę czy przewody elektryczne samochodu, a także zabezpieczyć wyżej wymienione miejsca przed wysoką temperaturą, do jakiej podgrzewany jest Sanders. Drugą wadą, wynikającą ze struktury preparatu – duża lepkość i kleistość, a co za tym idzie możliwe skapywanie podczas bardzo wysokich temperatur powietrza – jest fakt, że po ok 5 latach miejscami trzeba będzie operację powtórzyć. Mimo wszystko warto rozważyć zabezpieczenie samochodu Mike’iem, co potwierdza wielu profesjonalnych blacharzy, i nie ważne czy masz samochód zabytkowy czy współczesny – każdy może mieć problem z korozją, o czym wcale nie musisz wiedzieć.

agier

 

MotoPodPrąd.pl rekomenduje!

Producent: Michael Sander am Bahnhof 4, 23358 Horst Niemcy

Dystrybucja: AMG Adam Goszczyński ul. Marzanny 4/44, 02-649 Warszawa

Strona internetowa: www.mikesanders.pl

Facebook: https://www.facebook.com/BEZKOROZJI

Kontakt: 535-466-616

 

 

 

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoją obecnie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą oraz Hyundai i30 1.4, zwany przeze mnie pieszczotliwie Nissanem. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...