Test: Skoda Karoq 1.5 TSI 150 KM Style – mis(trzyni) uniwers(alności)

Jest konto 360, agencje pr, reklamowe 360, oferta mediów typu prąd czy gaz 360. Czas na samochód 360, czyli taki, który spełni oczekiwania każdego. Za komuny w Polsce takim autem – z braku laku – był mały Fiat. Teraz o takie miano powinna postarać się Skoda Karoq. Ma ku temu wszystkie atuty! 

Można nie lubić SUV-ów, ale przeczyć idei ich istnienia już się nie da. Do takiego auta bardzo łatwo bowiem wsiąść, jeździ się wygodnie, a dzięki wyższej pozycji za kierownicą lepiej widać drogę. W dodatku, możemy też liczyć na duży bagażnik i szereg rozwiązań ułatwiających życie. O wyższym prześwicie i “miastoodporności” już nie wspomnę. Osiągi, prowadzenie, przyjemność z jazdy – nad tymi aspektami inżynierowie też już dawno się pochylili i mocno je dopracowali.

A zatem? Simply Clever!

Ale nie każdy SUV, ewentualnie bardziej “uziemiony” crossover jest równie dobry. A Skoda, z nowym modelem Karoq, ciężko się napracowała, żeby wytyczać ścieżki na szlaku. Recepta czeskiej marki na sukces i wpisanie się w panującą modę to auto pod każdym względem uniwersalne.

 

 

Spójrzmy na wygląd. Nie razi, ale i nie elektryzuje. Tak naprawdę charakter auta podkreślają jedynie halogeny umieszczone pod przednimi światłami i sprytnie powykrzywiane lampy zachodzące częściowo na klapę z tyłu. Reszta to Das Auto, podobne z boku do Golfa, Octavii czy większego Kodiaqa. Czy to wada? Na pewno Karoq szybko się nie zestarzeje. Na pewno uda się po nią więcej klientów niż po Peugeota 3008, który wyglądem elektryzuje, co już stawia go w świetle auta nie dla każdego. I na pewno, w Skodzie ciężko się wyróżnić. No chyba że kolorem. Ten na modelu testowym sprawiał obłędne wrażenie!

Wnętrze również niczym nie zachwyca, ale jest do bólu przemyślane. Deska rozdzielcza jest przyjemna dla oka i niezwykle czytelna. Na jej środku znajduje się najnowszy dotykowy ekran systemu multimedialnego. Samo multikombo działa szybko i w tej kwestii nie mam żadnych zastrzeżeń. Ekran jest czuły na ruchy palców i bardzo przejrzysty – z wyjątkiem obsługi dźwięku; tu przydałaby się gałka (sam dźwięk jest też strasznie płaski). Szybka tragicznie się jednak brudzi, a nawet gorzej niż tragicznie. Kilka ruchów palcem na boki i pozamiatane – w słońcu ikonki znikają, a po zgaszeniu auta pozostaje wrażenie, że jechała tu jakaś… fleja. Olbrzymi plus za to za grafikę. Naprawdę opada szczęka!

 

 

Fotele świetnie trzymają ciało na boki i dają bardzo dobre podparcie plecom. Miejsca jest mnóstwo, i to zarówno z przodu jak i z tyłu. Gdy ustawimy przedni fotel pod kierowcę o wzroście 180 cm, to za sobą usiądzie on ze sporym zapasem miejsca na kolana. Szkoda, że na boczkach drzwi zabrakło milszego w dotyku materiału – są obłożone takim plastikopodobnym skajem – ale poza tym aspektem nie widzę żadnych wad wnętrza. Sporo tu schowków i pomysłowych gadżetów umilających jazdę, jak np. regulowany podłokietnik dla kierowcy czy pomysłowy uchwyt na kubek easy-on. W dużym i ustawnym bagażniku znajdziemy świetne zaczepy do bagażu – np. toreb z zakupów z marketu. Fotele rozkładają się na dwa sposoby – same oparcia i całość razem z siedziskiem, co zamienia Karoqa w małą ciężarówkę. A zatem, mimo niewielkich gabarytów z zewnątrz, całkiem fajny z tej Skody dzieciowóz.

Jeszcze kilka słów o materiałach, które… są dobre i tu chyba nie ma zdziwienia. W kilku miejscach znajdziemy twardsze niż u niemieckich kuzynów z VAG-a tworzywa, ale jakość ich spasowania jest rewelacyjna. Nic nie skrzypi i nie wydaje z siebie żadnych innych niepokojących dźwięków. Kierownica miło leży w dłoniach. Chce się jeździć!

A w testowanym egzemplarzu było czym. Pod maską po cichutku pracował nowy silnik 1.5 TSI o mocy 150 KM. 8,4 sekundy do setki to osiągi, których na papierze nie trzeba się wstydzić. Jednak jak to w nowych autach, przyspieszenia nie czuć. Trochę obawiam się jednak o osiągi litrowej jednostki, którą niebawem sprawdzę w nowej Octavii. Elastyczność za to bardzo pozytywnie zaskakuje – nie trzeba wachlować lewarkiem, tym bardziej, że jego praca jest trochę jakby nieprecyzyjna. To najpoważniejsza wada Karoqa. Biegi nie wchodzą gładko, do tego sprzęgło w trakcie wysprzęglania wprawia karoserię w odczuwalne bujnięcie. Tęskniłem za automatem.

 

 

Na plus spalanie. Podczas całego, prawie 1500-kilometrowego testu, Karoq zużył średnio 6,8 l/100 km. Nowa jednostka ma system odłączania dwóch cylindrów, a o tym, że w danej chwili jedziemy tylko na jednym zestawie dowiadujemy się z wyświetlacza. W praktyce w ogóle tego nie czuć, a dzięki temu przy 80-90 km/h Karoq zadowala się ilością poniżej 5 l/ 100 km. Przydałby się za to ciut większy bak (kolejny znak naszych nowych motoryzacyjnych czasów).

Sama jazda przebiega bardzo przewidywalnie. Układ kierowniczy jest pewny i dobrze przekazuje na koła zamiary kierowcy. Jak dla mnie jedynie ciut za miękkie jest zawieszenie w podstawowym ustawieniu. Jeżeli tak, jak w testowanym egzemplarzu można zmienić ustawienie np. na Sport to nie ma o czym mówić. W ustawieniu Neutral miałem na naszych polskich dziurach chorobę lokomocyjną przez pierwsze kilka kilometrów. Ciekawy jestem jak jeździ auto bez adaptacyjnego zawieszenia?

Testowany Karoq opuścił fabrykę z napędem tylko przedniej osi. Przyzwyczaiłem się już, że podwyższone auta tylko wyglądają na uterenowione, w praktyce pozostając ptakami nielotami. Z drugiej strony brak 4×4 jakoś kompletnie mi nie przeszkadzał. Dla tych, którzy muszą mieć pełnoprawnego SUVa pozostaje wersja z silnikiem wysokoprężnym i napędem AWD (cena od 116 400 zł).

Podsumowując. Dwa minusy. Zawieszenie w ustawieniu podstawowym jest za miękkie. I drugi, większy – skrzynia biegów. Poza tym, Karoq to auto, które da się polubić od pierwszej chwili, na którym można polegać i którym można wygodnie jeździć bez czepialstwa. Czy można się zakochać? Niestety nie…

 

 

115-konny Karoq z bardzo bogatym wyposażeniem otwiera cennik z kwotą 87 900 zł. Testowany egzemplarz w wersji Style to wydatek minimum 103 000 zł. Nieźle? Nieźle!

Adam Gieras

fot. Adam Gieras Fotomotografia

 

Wygląd: (7 / 10)
Wnętrze: (8 / 10)
Silnik: (8 / 10)
Skrzynia: (5 / 10)
Przyspieszenie: (7 / 10)
Jazda: (8 / 10)
Zawieszenie: (8 / 10)
Komfort: (9 / 10)
Wyposażenie: (9 / 10)
Cena/jakość: (8 / 10)
Ogółem: (77/100)

 

 

Silnik: R4, benzyna
Pojemność: 1498 cm3
Moc: 150 KM/5000 obr./min.
Moment: 250 Nm/1300-3500 obr./min.
Skrzynia biegów:manualna, sześciobiegowa
0-100 km/h: 8,4 s
Prędkość max.: 204 km/h
Cena: ok. 103 000 PLN

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoją obecnie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą oraz Hyundai i30 1.4, zwany przeze mnie pieszczotliwie Nissanem. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...