Test: Seat Toledo TSI DSG Style

“Gdzie podział się hiszpański temperament?” – takie pytanie najczęściej padało z ust osób, które przewoziłem nowym Toledo. Nie ma się czemu dziwić. W końcu to bardziej Skoda, niż Seat. W dodatku nazwa potrafi mocno zbić z tropu, a cena negatywnie zaskoczyć. Czy mimo to zakup Toledo ma sens? Postanowiłem to sprawdzić!

Kiedyś, jak byłem jeszcze w liceum, gdy nauczyciel matematyki szukał po klasie osoby do tzw. przepytania, nigdy nie patrzyłem mu w oczy. Zawsze wgapiałem się w jeden punkt na ławce i trwałem w tej pozycji do zakończenia tego horroru. Powód był prosty – nie błyszczałem wiedzą, co było zresztą widać po stopniach. Ale nie byłem jedynym. W zasadzie grupę podobnych do mnie stanowiło pół klasy. Dlaczego o tym piszę? Otóż Seat Toledo jest, wśród współczesnych samochodów, dokładnie takim samym elementem szarego tła, jak ja niegdyś dla mojego nauczyciela matematyki. Mimo wszystko mocno się różnimy. Ja zdałem maturę (niewątpliwie dzięki temu, że nie było na niej matmy), Toledo nie zdaje ostatecznego egzaminu. W Polsce, jak powiedział mi przedstawiciel dużego salonu Seata, to auto w ogóle się nie sprzedaje. Jesteście ciekawi dlaczego?

Specjaliści od wizerunku hiszpańskiej marki, wymyślając nazwę dla budżetowego samochodu, trafili jak kulą w płot. Seat Toledo, który kiedyś był kompaktem z kufrem, później prawie minivanem, stał się teraz plastikowym przedstawicielem klasy niewielkich aut z dużym bagażnikiem. Być może powrót Cordoby lub ewentualnie Exeo byłby bardziej na miejscu, ale moim zdaniem Toledo powinno mieć inną, z niczym nie kojarzącą się nazwę. Z drugiej strony jednak Seat Toledo jest bratem bliźniakiem nowej Skody Rapid nawiązującej nazwą do króla szos domoludów – legendarnego Rapida coupe. Jak widać po wynikach sprzedaży, czeska siostra sprzedaje się rewelacyjnie. Hmm, to jednak nie o nazwę chodzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Być może to przez wygląd? Toledo, jak już zaznaczyłem wyżej, jest lustrzanym odbiciem Skody Rapid. Ma co prawda nieco inny przód i tylne lampy oraz kilka zmian wewnątrz, co w moich oczach czyni go bardziej atrakcyjnym od Rapida, ale czeski sznyt wychodzi tu na każdym kroku. Nie ma więc co liczyć na fajerwerki, zresztą kto by się ich tu spodziewał, ale testowany Seat nie jest pokracznym projektem podobnym do Renault Thalii czy Hondy City. Ot zwykły, niczym niewyróżniający się… kompakt? No właśnie, i tu pojawia się problem. Określenie kompakt, mimo adekwatnych do tej klasy wymiarów – prawie 4,5 metra długości, nie jest tu na miejscu. To auto nowej klasy, pozycjonującej się gdzieś między “B” a “C”. Nie do końca rozumiem sens jej istnienia. Z daleka Toledo wygląda jak Skoda Octavia, z bliska w sumie też. Nie, tu nie może chodzić o wygląd. Polacy przecież kochają Octavię!

Przejdźmy do środka, może tu znajdziemy odpowiedź na nurtujące nas pytanie? Deska rozdzielcza jest żywcem przeniesiona z Rapida. Seat zmienił jedynie kierownicę i klamki. Zresztą klamki to chyba najciekawszy stylistycznie akcent w Toledo. Naprawdę długo się nimi zachwycałem. Niestety, reszta nie wygląda już tak dobrze. Plastiki wewnątrz są twarde jak beton, a ich faktura daleka od ideału. Producent nawet boczki drzwi wykonał z tego materiału (wstyd!!!). Również panel jednostrefowej klimatyzacji automatycznej wygląda tanio i nieatrakcyjnie. Na pocieszenie powiem, że nic nie skrzypi – tu kłania się spasowanie godne koncernu VAG.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oszczędnościom na szczęście nie poddał się bagażnik. 550 litrów to imponujący wynik, tym bardziej, że wnętrze auta gwarantuje bezproblemową podróż czterem osobom, nawet w długiej trasie. Fotele są wygodne i zapewniają wystarczające podparcie boczne. Obsługa wszystkich pokładowych urządzeń jest intuicyjna, a na uwagę zasługuje dotykowy panel służący do obsługi multimediów i bardzo ułatwiający życie kierowcy gadżet – tylna wycieraczka. Podsumowując wnętrze, Seatowi Toledo daleko do klasy premium, ale jak na auto budżetowe nie ma się czego wstydzić. Szukamy więc dalej.

Może więc chodzi o jazdę? Niekoniecznie. Seat Toledo, mimo zamontowanej z tyłu belki skrętnej, pewnie pokonuje zakręty, a na dziurach jest więcej, niż komfortowy. Powiem Wam, chociaż może nie uwierzycie, że podobnie wrażenia z jazdy po dziurach miałem za kierownicą Volvo S80 T5. Szkoda tylko, że układ kierowniczy pracuje tu jak rozciągnięta guma, przez co samochód słabo reaguje na szybkie ruchy kierownicą. Niczego więcej się jednak nie spodziewałem. Nadal to nie to.

Testowany egzemplarz wyposażono w fabryce w silnik o pojemności 1.4 litra i mocy 122 KM. To dobrze znana miłośnikom VAG-a jednostka. Zapewnia autu bardzo przyzwoite osiągi (wyprzedzenie 3 tirów na raz to nie problem), a przy delikatnym traktowaniu – całkiem sympatyczne spalanie. Co prawda, dynamiczna jazda w mieście może być okupiona zużyciem na poziomie nawet 11,5 litrów na 100 km, ale gdy ostrożnie obchodzimy się gazem, spokojnie da się utrzymać wynik poniżej 9 litrów. Na autostradzie udało mi się uzyskać przyzwoite 6,8 litra. Ten silnik standardowo połączony jest z 7-biegową skrzynią DSG, która jak to DSG zmienia biegi płynnie i szybko, bez problemu zrzucając w razie potrzeby nawet trzy przełożenia. Do działania tego zestawu nie mam żadnych uwag, ale…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Automatyczna skrzynia w takim aucie to luksus, który powinien być zarezerwowany dla bogatych, ale mniej wymagających kierowców. W przypadku Toledo 1.4 TSI, analogicznie do Rapida z tym silnikiem, DSG jest standardem. Musimy więc liczyć się z wyższymi kosztami zakupu. DSG w opcji oznaczałby, że w salonie zapłacimy o te 6-7 tysięcy mniej za auto z manualną skrzynią biegów, a to przy budżetowym aucie spora kwota. Cieplej, coraz cieplej…

Gorąco! Testowane Toledo to wydatek 80 tysięcy złotych (osiemdziesięciu tysięcy!!!). Tak astronomiczna kwota nie może przyciągnąć do salonów klientów. Podstawowa wersja kosztuje niecałe 48 tysięcy złotych, ale z silnikiem 1.2 MPI o mocy 75 KM raczej również nie jest okazją. Seat stworzył więc kolejne auto dla nikogo. Po średnio udanym i bardzo drogim Exeo, a tak naprawdę Audi A4 B7, Toledo również mocno rozczarowuje. Gdyby, śladem Dacii, Seat chciał wypuścić na rynek budżetowe auto, powinien uzbroić je w prosty silnik o mocy 1.6 litra i mocy ok. 100 KM. Takie auto, z ceną ok. 50 tysięcy złotych mogłoby powalczyć o klienta. Tu niestety w drogę wchodzi ekologia, która krzyczy – “downsizing”, “turbodoładowanie”, “CO2”, a taka technologia podraża koszty. Może więc, śladem Citroena, wprowadzić permanentną promocję? Podstawowa wersja przeceniona o 8 tys, topowa – o 20 tys. zł?

Pozostaje jeszcze kwestia niesamowitej popularności w Polsce niewiele tańszej Skody Rapid. Tego niestety nie potrafię wytłumaczyć. Może Seat powinien pozostać jedynie sportową marką koncernu? A Waszym zdaniem (?), bo ja się poddaję.

 

I na koniec, dla miłośników smaczków, przygotowałem pewien, niestety niezbyt chwalebny niuans. A mianowicie, przy dużym deszczu przednie wycieraczki zlewają wodę na boczne szyby, przez co nie widać nic w lusterkach. Gdy spojrzałem na konstrukcję przedniej szyby, od razu zrozumiałem dlaczego tak się dzieje. Inżynierowie nie zaprojektowali rynienki, która w razie deszczu zatrzymuje wodę. Typowo budżetowe rozwiązanie. Za taką cenę? Dziękuję bardzo, nie skorzystam.

 

Wygląd: (5 / 10)
Wnętrze: (6 / 10)
Silnik: (7 / 10)
Skrzynia: (8 / 10)
Przyspieszenie: (8 / 10)
Jazda: (6 / 10)
Zawieszenie: (8 / 10)
Komfort: (8 / 10)
Wyposażenie: (7 / 10)
Cena/jakość: (4 / 10)
Ogółem: (67/100)

 

Wybrane dane techniczne:

Pojemność: 1390 cm3
Moc: 122 KM
Max moment obrotowy: 200 Nm
Zużycie paliwa [test]: 6,8 – 11,5 l/100 km
Przyspieszenie 0–100km/h: 9.5 s
Prędkość max: 206 km/h
Długość: 4482 mm
Szerokość: 1706 mm
Wysokość: 1461 mm
Min. pojemność bagażnika: 550 l
Masa własna: 1230

Cena wersji z tym silnikiem i wyposażeniem: od 73 800 zł
Cena testowanego egzemplarza: 80 476 zł

 

zdjęcia, tekst: Adam Gieras

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem…), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę…