Test: Renault Espace Initiale Paris dCi 160 – fajny, ale niekoniecznie rodzinny

Renault, modelem Espace, zaskoczyło rynek motoryzacyjny dwukrotnie. Po raz pierwszy w 1984 roku, gdy zaprezentowało pierwszego vana w Europie, będącego odpowiedzią na Chryslera Voyagera królującego już wtedy na drogach w USA. I drugi raz w 2014 roku – tym razem wszystkim opadły szczęki, bo w miejsce praktyczności znanej z czterech generacji tego akwarium na kołach pojawił się styl. Czy rodzina znajdzie w nim dla siebie miejsce? Miałem okazję to sprawdzić! 

 

Na początek napiszę, że jak tylko zobaczyłem Espace w nowej krasie, moja szczęka również opadła. I od razu powiem, że nie było to pozytywne wrażenie. Wysokie nadwozie, ale małe szyby, dużo blachy, podwyższony prześwit, pretensjonalnie przerośnięte koła – ni to pies, ni to wydra, coś na kształt świdra, jak lubi mówić moja mama.

Trochę czasu minęło zanim odebrałem kluczyki do testowanego egzemplarza, a kilka egzemplarzy widzianych na ulicach pozwoliło mi się do tego crossvana (?) przyzwyczaić. A może inaczej – pozwoliło mi jego bryłę zaakceptować. Bo choć uważam, że to niekonwencjonalnie wyglądające auto z łatwością obroni swój wygląd wśród miłośników designu, to pogoń za stylem i modą na crossovery nie zawsze wychodzi na dobre – szczególnie użytkownikom. Nie zmienia to faktu, że Espace obecnej generacji jest bardzo ładne i nowoczesne. Powiem więcej – wygląda jakby był dopiero co opuszczającym deskę kreślarską prototypem. Kiedyś pociągało to za sobą pewne konsekwencje – patrzcie na Forda Focusa I, który z oszałamiającego nowoczesnym designem stał się bardzo przestarzały. Ale w czasach, w których 4-letni samochód wydaje się swojemu właścicielowi leciwy, a design zmienia się szybciej niż zachodzi słońce, trudno przypisać to na stronę wad.

Niezależnie od tego, co myślicie o nowym Espace, trudno odmówić mu tego, że jest “jakiś”.

Mocno zarysowany przód z wielkim logo producenta (charakterystycznym dla wszystkich współczesnych modeli Renault) oraz atrapą chłodnicy, która niczym elegancka biżuteria rozlewa się na boki podkreślając nowoczesne światła w technologii PureLED, do tego mocno obudowany blachą bok z niewielkimi szybami, licznymi zakrzywieniami i modnymi, chromowanymi listwami u dołu drzwi, a na deser elegancki tył ze spłaszczoną szybą i głębokim przetłoczeniem po środku klapy. Całość ubrana w liczne srebrne wstawki dobrane ze smakiem. Ciekawie to wygląda, szczególnie w zestawieniu z poprzednimi odsłonami Espace, które miały o wiele mniej wyrazisty wygląd. Ale taki Avantime nadal wygląda od obecnego Espace o wiele ciekawiej, prawda?

 

 

Wnętrze Espace już po otwarciu drzwi wydaje się o wiele mniej przestronne i chyba mniej kosmiczne niż w poprzedniku. Z punktu widzenia kierowcy to dobrze, bo nie czuje się już jak etatowy przewoźnik w PKSie. Deska rozdzielcza, której panel dotykowy przechodzi w szeroki pas oddzielający kierowcę i pasażera o wiele lepiej pasowałaby do średniej klasy kombi, niż do vana, ale nie można odmówić jej atmosfery, którą stwarza. Za kierownicą Espace poczułem się bowiem mocno obudowany przyrządami i spodobało mi się to uczucie.

W centralnym puncie kokpitu znajduje się 8,7-calowy wyświetlacz, który poza obsługą podstawowych urządzeń pokładowych odpowiada za sprawne działanie systemu multimedialnego R-LINK 2. Nie jestem miłośnikiem elektronicznych gadżetów, ale poświęciłem tym razem trochę czasu na zabawę i muszę przyznać, że przy bliższym spotkaniu system daje radę. Co ważne, producent nie zapomniał o wygodnym pokrętle umieszczonym między fotelami, a zatem w trakcie jazdy o wiele łatwiej ustawić pożądaną funkcję na dotykowym ekranie przypominającym olbrzymi smartfon lub tablet (w testowanym przeze mnie Megane pokrętła nie ma).

Prezentowane Espace w najbogatszej wersji zostało porządnie naszpikowane elektroniką. Za pośrednictwem ekranu można więc decydować o kolorze oświetlenia ambientowego kabiny (warto przejechać się Espace w nocy – potrafi mocno zaskoczyć żywymi kolorami niemęczącymi oczu), złożeniu któregoś fotela, masażu (średnio wydajny), można też wybrać motyw, kolor czy typ zegarów przed kierowcą. Obsłużymy oczywiście nim także całkiem sprawnie działającą nawigację i 12-głośnikowy system audio. Niestety producent nie przewidział miejsca na odtwarzacz CD-MP3, a zatem płytę można powiesić jedynie na lusterku (pamiętacie jak kiedyś wierzono, że odbija ona fale radarów policyjnych… ? ). Na otarcie łez mamy do dyspozycji 4 wyjścia USB i czytnik kart SD, a samo audio gra poprawnie, chociaż bez ciarek na plecach.

 

 

Patrząc na deskę rozdzielczą nie można odmówić jej oryginalności i jakości wykonania – chociaż im niżej, tym plastik jest twardszy, ale niestety brakuje tu rozwiązań, które tak mocno doceniamy w vanach. Nie ma schowków, uchwytów, zaczepów… A jeżeli kierowca i pasażer lubią kawę to muszą pogodzić się z tym, że kubeczki będą trzymali w rękach albo pod tunelem środkowym, w bardzo trudno dostępnych wyżłobieniach. Szkoda.

Ale to nie wszystko. Renault przygotowało w Espace trzy rzędy dla pasażerów, których razem z kierowcą może podróżować na raz siedmioro.

Teoretycznie.

Fotele kierowcy i pasażera z przodu są ultra wygodne – miło się w nie wpada i aż chce się jechać jak najdalej. Rząd środkowy składa się z trzech niezależnych foteli, dobrze wyprofilowanych i wygodnych. Do tego w tej części samochód zapewnia bardzo dużo miejsca na nogi. Niestety ostatni rząd to żart konstruktorów. W niektórych kombi jest tam wygodniej… Miejsca na głowę nie ma prawie wcale, i to już przy 174 cm wzrostu. Nogi najlepiej sobie wcześniej odrąbać. Istny dramat. Zresztą ilość miejsca nad głowami jest zupełnie nie “vanowa” na całej długości Renault. W poprzednikach było o wiele więcej wolnej przestrzeni, a co za tym idzie, nikt nie czuł się ściśnięty. W Renault Espace w dowolnym miejscu pasażer legitymujący się wzrostem 180 cm będzie miał wrażenie, jakby dach próbował uderzyć go w głowę. Sytuacji nie ratuje ani 680-litrowy bagażnik ani elektryczny mechanizm składania foteli (bardzo wygodny, ale przy -15 stopniach Celsjusza jeden z foteli kompletnie się zaciął i nie chciał się ani przesunąć ani zamknąć w podłodze) ani płaska podłoga po złożeniu 5 foteli. To nie jest van, do czego nadal niektórzy próbują mnie przekonać.

 

 

Żeby nie wyszło, że tylko narzekam na wnętrze Espace, to dodam, że nie da odmówić mu się kilku atutów – łatwego wsiadania, designu (o czym już wspominałem), ale też i tego czegoś, za co lubimy prowadzić samochody. Tej nieuchwytnej materii, ducha, który powoduje, że dany samochód się po prostu lubi. Świetnie leżąca w rękach kierownica, dobra widoczność i łatwość obsługi każdego niezbędnego do jazdy elementu to na pewno plusy. Nawet lewarek 6-biegowej skrzyni, który wygląda dość kosmicznie i działa przedziwnie wracając zawsze do tego samego punktu szybko zyskał moją sympatię, chociaż na początku stałem na środku ulicy i nie umiałem włączyć “D”.

Czy zatem Espace jest autem zbudowanym bardziej pod kierowcę niż pasażerów?

Kierowca na pewno polubi to auto. W porównaniu do poprzedników, Espace nie przypomina bowiem w prowadzeniu statku na wzburzonym morzu. Prowadzi się pewnie, a dzięki systemowi 4Control, który to został przez Renault dopracowany do perfekcji, nie straszne mu zakręty – oczywiście w ramach zdrowego rozsądku. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli. Podwyższone nadwozie fizyki nie oszuka, ale jak ktoś jeździł którymkolwiek z poprzednich vanów Renault będzie pozytywnie zaskoczony. Lepsze własności jezdne poszły jednak w parze z mniejszą wygodą. Espace amortyzuje o wiele twardziej niż poprzednicy, ale ma za to w zanadrzu całkiem przyjemny gadżet. Mowa o systemie Multi-Sense. Dzięki niemu, podobnie jak w innych nowych Renault, można dowolnie zmienić tryby jazdy. Mamy do dyspozycji pięć trybów: Eco, Comfort, Neutral, Sport oraz Perso. Różnica między trybami jest wyczuwalna (rozpiska poniżej), chociaż ja perforowałbym na stałe Comfort.

 

 

Pod maską prezentowanego egzemplarza pracował świetny 1.6-litrowy diesel o mocy 160 KM. Jego 9,9 sekundy do 100 km/h to wartość zupełnie wystarczająca, a normalna jazda odwdzięcza się niskim, bo nieprzekraczającym 7 l/100 km zużyciem ropy. Niewielkiej pojemności jednostka praktycznie całkowicie wyparła już świetną dwulitrówkę, ale nie ma obaw – to zbierający bardzo wysokie recenzje silnik na łańcuchu, który mimo dość skomplikowanej budowy przeżywa spokojnie duże przebiegi. Przekonuje do siebie też bardzo przyjemną charakterystyką pracy i wysokim momentem obrotowym dostępnym na tyle nisko, że wyprzedzanie bez kick down to żaden problem. Automatyczna, sześciobiegowa skrzynia dwusprzęgłowa EDC pracuje szybko i nie szarpie. Nawet przy dużych mrozach nie zanotowałem ani razu ociągania, które występuje czasami przy mocno przemarzniętym oleju w innych autach.

Silnik w tandemie ze skrzynią i zawieszeniem to na pewno atuty, które przekonają kierowcę.

A pasażerowie? Będą zadowoleni ze sposobu przejeżdżania każdego kolejnego kilometra w Espace, ale dla zapewnienia jak najlepszych wrażeń z jazdy, proponowałbym podróż 2+2, ewentualnie 2+3.

 

 

I tu dochodzimy do meritum. Espace – jeździłem III i IV odsłoną tego świetnego vana – przez lata przyzwyczaił nas do przestrzeni. Ma ją zresztą w nazwie. Nic więc dziwnego, że zarówno dziennikarze motoryzacyjni jak i sami użytkownicy wpisują obecną, V-tą generację do grupy vanów. Jak pewnie widzicie również ja zrobiłem to celowo w tekście. Dlaczego, skoro samo Renault nazywa go crossoverem?

Odpowiedź jest prosta. Francuzi, moim zdaniem, źle zdiagnozowali potrzeby użytkowników. Espace sprzedawał się dobrze i nawet dziś na rynku wtórnym o znalezienie wartego zainteresowania egzemplarza trudno – auta sprzedają się szybko, jak ciepłe bułeczki. Dzieje się tak dlatego, bo ludzie potrzebują vanów, żeby wozić rodzinę na wakacje, materiały na budowę, lodówkę ze sklepu. Crossover, czyli ptak nielot, który ani nie wjedzie w teren, ani nie zabierze na pokład żony, trójki dzieci, psa i syna sąsiadów nie ma sensu.

I tym smutnym akcentem dobrnęliśmy do końca…

Chociaż… Mam dla Ciebie propozycję. Potrzebujesz vana? Kup IV odsłonę Espace z dwulitrowym dieslem (1.9 unikaj jak ognia) lub trochę starszą i tańszą z silnikiem 2.0 T, która świetnie jeździ na LPG. Za pieniądze, który Ci zostaną możesz udać się do salonu po bardzo przyjemne w jeździe na co dzień Renault Megane GT. Mam dobrą wiadomość – jeszcze zostanie Ci trochę pieniędzy na serwis używanego auta i ubezpieczenie obu. A zatem? 

Adam Gieras

fot. Adam Gieras Fotomotografia

 

 

Wygląd: 7 Stars (7 / 10)
Wnętrze: 5 Stars (5 / 10)
Silnik: 9 Stars (9 / 10)
Skrzynia: 8 Stars (8 / 10)
Przyspieszenie: 7 Stars (7 / 10)
Jazda: 8 Stars (8 / 10)
Zawieszenie: 8 Stars (8 / 10)
Komfort: 7 Stars (7 / 10)
Wyposażenie: 8 Stars (8 / 10)
Cena/jakość: 6 Stars (6 / 10)
Ogółem: 7.3 Stars (73/100)

 

 

 

 

Dane Techniczne:

Silnik: R4
Pojemność: 1598 cm3
Moc: 160 KM/4000 obr./min.
Moment: 380 Nm/1750 obr./min.
Skrzynia biegów: automatyczna EDC, sześciobiegowa
0-100 km/h: 9.9 s
Prędkość max. 202 km/h
Pojemność bagażnika: max 680 l
Cena: ok. 170 000 PLN

 

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...