Test: Isuzu D-Max 1.9 Ddi – wygodny i charakterny

Segment najbardziej muskularnych, męskich i dzielnych aut dumnie reprezentują pick-up’y, a największą ich reprezentację serwują azjatyccy producenci. Właśnie z kraju kwitnącej wiśni trafił w redakcyjne ręce Isuzu d-max – auto, które postara się przekonać Was czy zasługuje na miano prawdziwego robotnika z „krwi i kości”, czy jednak kiepskiego aktora z podrzędnego japońskiego serialu. Zainteresowani przygodą z tym krępym osiłkiem?

 

Marka Isuzu na rynku amerykańskim, azjatyckim czy nawet afrykańskim wypracowała sobie znaczącą rozpoznawalność, głównie za sprawą pojazdów ciężarowych, autobusów oraz silników wysokoprężnych. Natomiast na naszym rodzimym podwórku Isuzu jest wciąż egzotyczną propozycją. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, że mimo małej rozpoznawalności marki o niemal 100-letnim rodowodzie, w autach europejskich producentów znaleźć możemy silniki Isuzu, które dzielnie walczą z ogromnymi przebiegami – znajdziemy je też w samochodach “made in Poland”, np. popularnych Oplach Astra.

Marka spod skrzydeł General Motors w 2016 roku sprzedała w Polsce 335 aut (największy konkurent Amarok – 520 sztuk) i w roku 2017 zaciera ręce, aby poprawić ten wynik. Do walki wystawia nieco odświeżoną drugą generację d-maxa, która w roku 2017 przeszła delikatny face lifting.

 

Miłość od pierwszego wejrzenia…

Pierwsze wrażenia? Trudno, aby serce oszalało na jego widok, a na twarzy rysowały się rumieńce. Karoseria nie serwuje rozkoszy dla oczu, a linia auta zdążyła się już nieco opatrzyć, co nie oznacza, że d-max jest nieatrakcyjny. Nic podobnego. Z zewnątrz wzrok ściąga masywny chromowany grill oraz skośne światła w technologii LED, złowieszczo spoglądające na drogę i bezdroża. Samo nadwozie jest muskularne, delikatne przetłoczenia optycznie powiększają karoserię. Na szczęście nie pojawiają się sterydowe przerosty formy nad treścią, Isuzu niczego nie udaje – i dobrze! Jest jak mężny Polak na budowie w Anglii, a nie chiński zespół „budujący” autostradę A2. Brawo!

Skoro charakter flagowego modelu Isuzu zapisany jest w DNA d-maxa, a w moim sercu drzemie miłość do ogrodniczej pasji, zabieram auto do naturalnego środowiska – do pracy!

 

 

W drogę…

Rozrusznik cyk i do naszych uszu dochodzi dźwięk czterocylindrowego motoru diesla 1,9 o mocy 163KM i 400 Nm momentu obrotowego. Nowa generacja silnika w tym modelu jest delikatnie cichsza w porównaniu do starej jednostki napędowej (2,5 litra) i jeszcze oszczędniejsza. Uruchomiony silnik nie pozostawia wątpliwości – mamy do czynienia z wołem roboczym – jest dość głośny przy wyższych obrotach, ale nadal na akceptowalnym poziomie. Nie tracę czasu, szybko wrzucam jedynkę i … jadę do tyłu. Tak dzieje się, gdy zapomnimy, że w Isuzu wsteczny jest tuż obok jedynki. Ustawienie lewarka maksymalnie w lewo i do góry może spłatać nam psikusa i z auta z tyłu zrobić harmonijkę. Jeśli już jesteśmy przy skrzyni – pierwsze dwa biegi są krótkie. Wprawdzie przy każdym ruszaniu intensywnie wachlujemy lewarkiem, który mocno przenosi wibracje silnika, ale w terenie z ładunkiem może okazać się to nieocenione.

 

 

Pierwsze kilometry zadziwiają. Isuzu zachowuje się jak osobówka z przerostem testosteronu, a przy tym nie wygląda karykaturalnie. Pozwala zająć wygodną pozycję za kierownicą, patrzeć z góry na innych kierujących i po prostu cieszyć się jazdą. W środku nie jest przesadnie głośno, a na pewno ciszej niż w L200. Przy wyższych prędkościach drażnić może świst powietrza uszczelek pierwszego rzędu siedzeń, ale o dobre samopoczucie zadba przyjemny system audio.

Tak zdobywając słowa uznania dla d-max’a, stajemy w piątkowych korkach, a to może zepsuć cały zachwyt nad tym autem, ale nie! To dobra chwila, aby pomyśleć, co proponuje producent z Tokio w środku nowego d-max’a. Rozplanowanie wnętrza jest przyjemne dla oka, boczki drzwiowe płynnie przechodzą w deskę rozdzielczą, tworząc przyjemny efekt. Tu mimo połaci ciemnego plastiku, czuję się bardzo dobrze, nie razi panel konsoli centralnej z ogromnym pokrętłem klimatyzacji, choć umieszczona nad nią stacja multimedialna kenwood, wielkości zwykłego radia 2-din, zdecydowanie trąci już myszką. Użyte materiały są twarde, ale w aucie roboczym liczy się przede wszystkim charakter użytkowy pojazdu i ergonomia, a tu nie ma się do czego przyczepić. W ulicznych korkach oraz podczas godzin spędzonych za kółkiem o naszą wygodę zadbają ultrawygodne fotele.

 

 

Ale wróćmy do jazdy, która tu jest najważniejsza. Możemy zaakceptować gabaryty auta – Isuzu jest o 10 cm dłuższe od L200 i o tyle samo krótsze od Navary, ale miejska dżungla zdecydowanie nie jest naturalnym środowiskiem tego auta. Isuzu wyposażono w kamerę cofania – nawiasem mówiąc średniej jakości, ale do zwinności w codziennej miejskiej jeździe dużo jeszcze brakuje. Poza tym nieco problematyczna może okazać się kwestia zawieszenia. Auto jest sztywne, więc zastosowanie resorów piórowych, podobnie jak u konkurencji, np. w L200, skutkuje podskakiwaniem tylnej osi na poprzecznych garbach czy spowalniaczach, niczym byczka na rodeo – a to już jest drażniące i nieprzyjemne.

Marecki korek na krajowej ósemce zelżał, więc wyjeżdżamy za miasto. Do tej pory jechaliśmy bez ładunku, ale jak do pracy, to do pracy. Na pakę trafia około 600 kg workowanej ziemi ogrodowej. Powierzchnia ładunkowa wypełnia się prawie w całości, resory delikatnie to odczuwają – auto konstruktywnie przygotowane jest do obciążenia prawie dwukrotnie większego – a dokładnie 1085 kg, choć wieść gminna niesie, że 1,5 tony nie stanowi dla niego problemu. Auto może ciągnąć przyczepę do 3500 kg, a więc cały zestaw d-max z przyczepą może ważyć niecałe 7 ton!!!

 

No to w teren…

W drodze do miejsca przeznaczenia załadowane auto musiało zmierzyć się z głębokim, kopnym piaskiem i z czysto dziecięcej ciekawości, ze starorzeczem Bugu w okolicach Serocka. Cóż powiedzieć… proszę o więcej – łatwo, bez zająknięcia i wręcz trywialnie! Co do samej powierzchni ładunkowej – pokryta jest materiałem odpornym na ciężar, choć wożenie ostrych przedmiotów zmienia jej estetyczny wygląd dość szybko. W ofercie producenta dostępna jest specjalna powłoka, jeszcze bardziej wytrzymała, odporna na zarysowania i rekomenduję jej zakup, podobnie jak zrezygnowanie z metalowej pokrywy powierzchni ładunkowej i zastąpienie jej roletą. Pozwoli to na okazjonalne przewożenie dłuższych ładunków, gdyż w moim przypadku przewożenie wysokich drzewek okazało się niemożliwe na pace, a w przestronnej kabinie już wykonalne.

 

 

Wół roboczy nie zawsze musi stać blisko wodopoju

D-max jest raczej jak wielbłąd – oszczędnie zużywa 75-litrowy bak. Razem z naczelnym byliśmy pod wrażeniem spalania Isuzu, więc zamiast sprawdzania minimalnego spalania, które tu wynosi około 6,5 litra w trasie (120-130 km/h), 7,6 w trybie miejskim oraz 8,2 przy zadołowaniu paki w około 60%, to maksymalnie udało nam się dotrzeć w okolice 8,6 litra. Podczas testu na jednym tankowaniu udało nam się pokonać razem około 900 km i wciąż zostało 100 km zasięgu. W kwestii zasięgu ciekawe jest działanie filtra cząstek stałych, a konkretnie proces wypalania. Zasięg przy każdym dopalaniu skacze do góry i nie ucieka równie szybko, jak się pojawia. Takie małe oczko od Isuzu – pojeździmy jeszcze?

Jeździłem prawie całą czołówką pick-up’ów w Polsce. D-max jest jednym z najlepszych aut tej klasy, jakich “dosiadłem” – z powodzeniem może się równać z Nissanem Navarą i Fordem Rangerem. Z tyłu zostawia L200, ale zagadka brzmi, jak wypadłby w porównaniu z Amarokiem lub Hilux’em? Na to pytanie mam nadzieję odpowiedzieć niebawem.

 

Bartosz Kowalczyk

fot. Adam Gieras Fotomotografia

 

 

Wygląd: (7 / 10)
Wnętrze: (7 / 10)
Silnik: (8 / 10)
Skrzynia: (7 / 10)
Przyspieszenie: (7 / 10)
Jazda: (8 / 10)
Zawieszenie: (7 / 10)
Komfort: (7 / 10)
Wyposażenie: (7 / 10)
Cena/jakość: (7 / 10)
Ogółem: (72/100)

 

 

 

 

Dane Techniczne:

Silnik: R4 turbodoładowany
Pojemność:  1898cm3
Moc: 163 KM/ 53600 obr./min.
Moment: 360 Nm/ 2000-2600 obr./min.
Skrzynia biegów: Manualna, sześciobiegowa
Prędkość max.: 180 km/h
Cena: 95 950 PLN

 

 

Dyskusja

komentarzy

Bartosz Kowalczyk

Bartosz Kowalczyk

Pasjonat motoryzacji od najmłodszych lat. Lubi pogrzebać przy swoim aucie i naprawiać je samodzielnie. W testach zwraca szczególną uwagę na frajdę z jazdy oraz walory użytkowe samochodu. Z wykształcenia logistyk, traktujący dziennikarstwo motoryzacyjne jako przyjemną zabawę i rozwijanie swojego hopla. Miłośnik podróży starający się czerpać przyjemność z każdego pokonanego kilometra w swoim obecnym aucie – audi A3 Sportback. Największe marzenie motoryzacyjne – odrestaurowanie Youngtimera i podróż po zachodniej Europie.