Test: Infiniti Q50 2.0T Sport AT

Infiniti to w tłumaczeniu z języka japońskiego “nieskończoność”, a ta kojarzy mi się brakiem barier i wolnością. Pytanie tylko na ile wolnym można poczuć się w luksusowym Nissanie z silnikiem Mercedesa, przekonstruowanym przez Japończyków, a finalnie wytwarzanym w fabrykach Renault? Ostry weekend w towarzystwie Q50 udowodnił, że bardzo. Zresztą zapraszam na test! 

Zgodnie z obowiązującą do niedawna nomenklaturą, Infiniti Q50 powinno mieć potężny, 5-litrowy silnik pod maską. Ale nic bardziej mylnego. Począwszy od roku modelowego 2014, Q50 to po prostu przedstawiciel średniej klasy Premium, czyli konkurent Mercedesa Klasy C, Audi A4, BMW 3 czy Lexusa IS. I choć pod jego maską może pracować jeden z trzech silników, z których żaden nie jest widlastą ósemką, wcale nie jest to powodem do narzekań.

Japończycy bardzo postarali się bowiem o to, żeby Q50 trafiło w europejskie gusta, ale jednocześnie, żeby jego wygląd nie kojarzył się z nudnym sedanem dyrektora niższego szczebla w korporacji. Oba warunki zostały spełnione. Widać to już po pierwszym spojrzeniu w jego stronę – ostre i pewnie poprowadzone linie nadwozia, agresywny przód z ogromnym chromowanym grillem i trochę spokojniejszy, ale bardzo harmonijnie ułożony tył pojazdu ozdobione są licznymi przetłoczeniami. 19-calowe felgi oraz podwójny wydech, skomponowane z czarnym lakierem (moim zdaniem najlepszy wybór do tego auta), uzupełniają doskonały wygląd auta, dodając Q50 zadziorności. Jednak nie jest to zadziorność wylewająca się spod kół na asfalt i krzycząca “patrz na mnie”. Q50, choć nawet pozostawione po długiej podróży w ciemnym garażu wygląda, jakby aż kipiało, żeby jechać dalej, to raczej dystyngowany Japończyk, nienarzucający się swoim temperamentem ponad miarę.

Rzadko mi się to zdarza, ale przyznaję Q50 najwyższą ocenę za wygląd. Jest to bowiem moim zdaniem aktualnie najatrakcyjniejszy projekt sedana w tej klasie, a jedyne auto, które może mu ten tytuł w moich oczach odebrać, to Alfa Romeo Giulia, której premiery powinniśmy spodziewać się w okolicach wakacji. Póki co, Infiniti zaprojektowane przez Kubańczyka (ciekawe, bo na Kubie do dziś jeżdżą głównie amerykańskie krążowniki z lat 60-tych), pogodnego Alfonso Albaisa może jednak spać spokojnie.

Infi_garaz6

Dla tych, którzy obawiają się tego, że w środku Infiniti Q50 wygląda gorzej, niż na zewnątrz mam dobre wieści. Atmosfera po otwarciu drzwi karmi w równym stopniu zmysły: wzroku, dobrego smaku i dotyku. Aluminiowe przetłoczenia są bowiem aluminiowymi przetłoczeniami (pięknie wyglądają aluminiowe panele wokół klamek), skórzane okleiny naprawdę zostały wykonane ze skóry, a wszystko zaprojektowano bardzo przyjemnie dla oka. Masywne, świetnie trzymające na boki fotele pokryto mięsistą skórą, a możliwości ich regulacji są w pełni wystarczające. Również miejsca pod nogami z przodu jest bardzo dużo, dzięki czemu dalsze podróże znosi się wyjątkowo wygodnie. Na ilość miejsca mogą narzekać jedynie pasażerowie drugiego rzędu – tylny napęd wymusił pewne ograniczenia.

Deska rozdzielcza, po zajęciu miejsca za kierownicą pierwszy raz, może wydawać się nieco przeładowana przyciskami i wyświetlaczami, ale już po krótkim kontakcie przestaje kojarzyć się z bałaganem, a zaczyna przynosić na myśl łatwe do ułożenia puzzle. W środkowym panelu zamontowano dwa duże ekrany; górny wyświetlający nawigację obsługiwaną pokrętłem mocno przypominającym system i-Drive z BMW oraz dolny, czyli Infiniti in Touch – nowoczesny, wysokiej rozdzielczości tablet z systemem dotykowym. Umożliwia on, poza obsługą świetnie grającego audio sygnowanego przez firmę BOSE, układu klimatyzacji, podgrzewania foteli oraz aktywacji bądź dezaktywacji systemów wspomagających kierowcę, sprawdzenie maila, zaprogramowanej wcześniej na Google maps trasy czy konta na Facebooku.

Infiniti (20)

Także to, co skrywa Q50 pod nadwoziem prezentuje się ciekawie. Do wysokowytrzymałej platformy wykonanej ze stali i aluminium zamocowano nowoczesne zawieszenie składające się z podwójnych wahaczy poprzecznych z przodu i wielowahaczowego układu z tyłu pojazdu. Ale to nie wszystko. Infiniti ma w zanadrzu jeszcze coś wyjątkowego – system Direct Adaptive Steering, który zastąpił mechaniczne połączenie kierownicy z kołami w kolumnie kierowniczej elektroniką. Tłumacząc najprościej, jak się da – kręcąc kierownicą możemy poczuć się jak gracz komputerowy, bo za skręt każdego koła odpowiedzialny jest impuls elektryczny w zwojach kabli… I to podobno jest bezpieczne rozwiązanie, bo w razie braku prądu lub jakiejkolwiek awarii, z kolumny kierowniczej wyskakuje specjalny bolec, który łączy koła z kierownicą.

Zastosowanie Direct Adaptive Steering powoduje, że do prowadzenia samochodu trzeba się przyzwyczaić, ale już po chwili dostrzegalne są plusy jego zastosowania. Układ kierowniczy jest bowiem o wiele bardziej bezpośredni, a na wieniec kierownicy nie przenoszą się żadne drgania spod kół samochodu. Infiniti Q50 wyposażono również w tarczę bezpieczeństwa monitorującą pracę kierowcy. Może ona pracować w trybie uśpionym, wkraczając do akcji jedynie w ostateczności, tuż przed wykrytym niebezpieczeństwem, może być też ustawiona w tryb czuły, monitorując na bieżąco poczynania kierowcy. Tarcza bezpieczeństwa współpracuje też z aktywnym tempomatem, więc po włączeniu obu urządzeń można rozsiąść się wygodnie w fotelu – Q50 będzie bowiem samo hamowało, samo przyspieszało, a gdy zajdzie taka potrzeba – może również samo pokonywać lekkie zakręty (sprawdzone przy 120 km/h na drodze szybkiego ruchu i… działa).

Mimo całej tej elektroniki, w którą dozbrojono Q50, Infiniti postarało się o coś najważniejszego. A mianowicie o przyjemność z jazdy samochodem na co dzień. Sercem auta jest, jak już wspominałem wyżej, silnik zapożyczony z Mercedesa, ale Japończycy trochę przy nim pogrzebali i wyszła im naprawdę niesamowicie dynamiczna jednostka. Moc 211 koni mechanicznych pchana jest za pośrednictwem jednosprzęgłowej skrzyni automatycznej na koła tylne. Osiągi? Bardzo wystarczające. 7,2 sekundy do setki i prędkość maksymalna 245 km/h. Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Nie sądzę, tym bardziej, że 220 km/h na liczniku pojawia się niesamowicie szybko, a samochód chętnie przyspiesza dalej. 7-biegowa przekładnia, choć na rynku są już nowocześniejsze konstrukcje, całkiem przyjemnie radzi sobie z autem i tylko czasami, po wciśnięciu kick-down, lekko opóźnia zrzucenie biegu na niższy. Nie ma jednak żadnych problemów z wyprzedzaniem kilku tirów na raz. Powiem szczerze, że po przeczytaniu kilku negatywnych opinii o jej działaniu obawiałem się zamulania, ale nic takiego nie miało miejsca. Poważnie!

Infiniti (41)

Napęd na tył i mocna, chętnie wkręcająca się na obroty jednostka pozwalają na sporo szaleństw za kierownicą Q50. Co ciekawe silnik, mimo “uturbienia”, został ustawiony tak, że przypomina bardziej jednostkę wolnossącą – zbiera się przeciętnie z dołu, w środku pola obrotów idzie już jak burza, natomiast pod koniec strzela piorunem. Wejście z dużą szybkością w zakręt, gdy w pogotowiu mamy cały wachlarz systemów wspomagających, odbywa się gładko i bezstresowo, a samochód zdaje się oszukiwać momentami prawa fizyki. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak po wyłączeniu ESP i kontroli trakcji (producent przewidział i to). Infiniti staje się wtedy przyjemnie nadsterowne, a pewność, z jaką działa układ kierowniczy w porozumieniu z zawieszeniem ani przez chwilę nie “zdejmuje” uśmiechu z twarzy. Miłe zaskoczenie czeka też na kierowcę przy dystrybutorze na stacji paliw. Spalanie Q50 na trasie kształtuje się w przedziale 5,9 – 8,8 litra, natomiast w mieście 8,5 -11,5 litra. Mimo, że dane fabryczne mocno te wartości zaniżają, jak na moc i możliwości auta i tak jest bardzo dobrze!

Podsumowując, gdybym szukał samochodu klasy średniej Premium, to ominąłbym salony Audi, Mercedesa, BMW, postałbym chwilę przed salonem Lexusa, ale ostatecznie wszedłbym tylko do salonu Infiniti. Q50 to mega dopracowany samochód pod każdym względem – zaczynając od pieczołowitego wykonania i agresywnego wyglądu, a na perfekcyjnym prowadzeniu kończąc. Malkontenci pewnie dostrzegą minimalnie mniejszą przestrzeń na nogi pasażerów tylnej kanapy, ale ja na takie rzeczy kompletnie nie zwracam uwagi. Infiniti to także elektroniczny bajer na kołach, który docenią miłośnicy wszelkiej maści iphonów, smartphonów, smartwatchy i całego tego ustrojstwa. Ważne jednak jest to, że te wszystkie wodotryski nie odbierają kierowcy najważniejszego – przyjemności z jazdy! Infiniti Q50 utkwiło mocno w mojej pamięci. I nie sądzę, żeby któryś z klasowych rywali wymazał te dobre wspomnienia w najbliższym czasie…

Adam Gieras

 

 

Wygląd: 10 Stars (10 / 10)
Wnętrze: 9 Stars (9 / 10)
Silnik: 10 Stars (10 / 10)
Skrzynia: 7 Stars (7 / 10)
Przyspieszenie: 9 Stars (9 / 10)
Jazda: 9 Stars (9 / 10)
Zawieszenie: 9 Stars (9 / 10)
Komfort: 8 Stars (8 / 10)
Wyposażenie: 9 Stars (9 / 10)
Cena/jakość: 7 Stars (7 / 10)
Ogółem: 8.7 Stars (87/100)

 

 

 

Infiniti Q50 2.0 Turbo Sport AT – dane techniczne

Silnik i napęd:
Układ i doładowanie: R4, Turbodoładowanie
Rodzaj paliwa: benzyna
Ustawienie: z przodu, wzdłużnie
Objętość skokowa: 1991 cm3
Stopień sprężania: 9,8
Moc maksymalna: 211 KM przy 5500 rpm
Moment maksymalny: 320 Nm przy 1250-3500 rpm
Skrzynia biegów: 7-biegowa, automatyczna
Typ napędu: tylny (RWD)

Nadwozie:
Długość: 4790 mm
Szerokość: 1820 mm bez lusterek
Wysokość: 1445 mm
Rozstaw osi: 2850 mm
Rozstaw kół przód/tył: 1545/1565 mm
Pojemność zbiornika paliwa: 80 l
Pojemność bagażnika: 500 l

Osiągi:
Przyspieszenie 0-100 km/h: 7,2 s
Prędkość maksymalna: 245 km/h

Cena:
Testowany egzemplarz: 193 878 zł
Model od: 147 100 zł

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...