Test: Alkohit Start – alkomat jednorazowy

Zostałem namówiony przez Konrada Stopę, żeby przeprowadzić mój drugi niemotoryzacyjny, choć z motoryzacją związany test. Pierwsze były okulary Glassini, tym razem padło na jednorazowy alkomat, popularny niegdyś balonik. Na horyzoncie pojawiła się wizyta w monopolowym, więc podniosłem tę rękawicę…

 

Na wstępie muszę napisać, że jestem wrogiem “samosprawdzaczy”. Po prostu uważam, że jak mocno wczoraj popiłeś, to dzisiaj nie jedź, a jak wypiłeś wieczorem z kumplami kilka piwek, to jedź dopiero po późnym obiedzie. W sytuacjach nieprzewidzianych, gdy nie wiesz czy możesz jechać czy nie, idź na komendę (byłem, korzystałem, zawsze miałem 0,00 promila, polecam taką wizytę).

Dla tych, którzy jednak wolą sami sprawdzić czy mogą jechać, bo mają daleko na komendę lub po prostu nie lubią towarzystwa policjantów (nadal będę upierał się, że lepiej odwiedzić ich przed, niż po fakcie), zakup kilku sztuk testowanego alkomatu może mieć większy sens, niż wyłożenie kilku stów na elektroniczne urządzenie, które często będzie domagało się kalibracji i któremu chyba w 100 % procentach nigdy nie będzie można zaufać.

Cóż, prawdziwe, pewne i z dużą dozą prawdopodobieństwa powtarzalne w swoich wynikach alkomaty policyjne kosztują ok 2 tys. zł. Wszystkie tańsze urządzenia dają jedynie namiastkę bezpieczeństwa i powinny być stosowane w zasadzie tylko awaryjnie, nawet nie dzień, a dwa po mocnym piciu. Tak samo, jak testowana jednorazówka, która może  przydać się jako orientacyjny tester tuż przed ruszeniem w podróż po wieczorze pełnym alkoholowych atrakcji.

DSC_0017

Alkohit Start to banalne w użyciu urządzenie. Wystarczy je wypakować, wyjąć z torebeczki alkotest, nadmuchać balonik, ścisnąć alkotest a następnie włożyć go niebieską końcówką do niebieskiego ustnika i powoli wypuszczać powietrze. Gotowe! Na wynik czekamy minimum 2 minuty – jeżeli w tym czasie żółte ziarenka zmienią kolor na zielony, to znaczy, że w organizmie wciąż znajduje się alkohol. Gdy zielone ziarenka wyjdą poza kreseczkę, to znaczy, że w naszym organizmie jest powyżej 0,2 promila i o dalszej jeździe nie ma mowy. Moja sugestia w tym miejscu jest jednak taka, że warto odczekać nawet 10 minut od wypuszczenia powietrza z balonika, a jeżeli na alkoteście chociaż jedno ziarenko zmieni kolor na zielony odłożyć planowaną podróż.

Sprawdźmy czy to w ogóle działa!

Przed przeprowadzeniem testu trzeźwości wypiłem 2 ciemne półlitrowe piwa o mocy ok. 6 procent. Po opróżnieniu obu butelek rozpakowałem jednorazówkę. Według mojej wiedzy, w moim organizmie powinno znajdować się ok. 0,7 promila alkoholu. Pierwszy test wykonałem 5 minut po wypiciu obu piw. Wynik? Zmieściłem się w skali, czyli nadal mógłbym prowadzić, ale wiadomo – alkohol jeszcze nie zaszumiał mi odpowiednio w głowie. Drugi test wykonałem 10 minut później. I już wtedy stało się jasne, że mam powyżej 0,2 promila w wydychanym powietrzu, czyli wszystko zgodnie z przewidywaniami.

DSC_0035

Trzeci test przeprowadzony po godzinie od wypicia piwek potwierdził dwa wcześniejsze badania – byłem po wpływem, miałem powyżej 0,2 promila, a o jeździe nie mogło być mowy.

DSC_0111 (2)

Jakie z tego płyną wnioski? Ano takie, że Alkohit Start działa i poprawnie wskazuje stan upojenia alkoholowego. Czy jednak zaufałbym mu po ostrej imprezie, dobrze przespanej nocy, sutym śniadaniu i długim spacerze? Nie za bardzo, choć każde zielone ziarenko, które pojawiłoby się za szybko dałoby mi jasną odpowiedź – przerwa w podróży musi trwać dłużej.

A ile kosztuje takie cudo? W internecie można go kupić już za 10 zł. Czy warto? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami, ale ja polecam mieć go zawsze w apteczce samochodowej. Tak na wszelki wypadek!

Adam Gieras

 

 

 

fot. Adam Gieras

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...