Szwedzki dynamit

Volvo V40 jest samochodem, który ciężko zdefiniować. To większy hatchback, czy mniejsze kombi? A może ani jedno, ani drugie? Jak dla mnie, to nieco wydłużony hatchback, który w testowanej wersji T5 jest jeszcze bardziej zagmatwany. Dlaczego? Ano dlatego, że z jednej strony oferuje dużą moc, bo aż 254 KM, a z drugiej – automatyczną skrzynię biegów i napęd jedynie przedniej osi… Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić jazdę tym samochodem na próbach KJS-owych.

Z zewnątrz samochód bardzo się wyróżnia – krzykliwy, czerwony kolor, wzorzyste, ciemne felgi, dach pokryty imitacją karbonu, srebrne lusterka i chromowe listwy. Wszystko to mówi “Ej patrzcie! Tu jestem!”. Ale pewnie tak miało właśnie być. I dobrze. Ogólnie samochód podoba mi się. Zresztą tak samo, jak testowany niegdyś brat w wersji D3, czyli ze 150-cio konnym dieslem. Tył auta jest naprawdę wyrazisty. Trochę mniej sam przód. Tutaj jest trochę nijako. Obłe kształty i jakiś taki smutny „nos” nie wzbudzają we mnie pozytywnych emocji. Do wyglądu zewnętrznego, dużo wnosi pakiet R-design. Sportowy charakter ładnie się prezentuje, ale nie jest nachalny. To dobre wyważenie.

Wnętrze samochodu jest zdominowane przez czerń. Wyróżniają się szaro-srebrzyste elementy z niebieskim wykończeniem. Zegary, które mają dużo wariantów kolorystycznych podświetlenia i wiele możliwości rozłożenia poszczególnych elementów w ich wnętrzu, są bardzo ciekawym gadżetem. Tapicerka to połączenie dobrej jakości skóry z alcantarą. Skórzane wykończenie znajdziemy również poza fotelami – na kierownicy, dźwigni zmiany biegów i boczkach drzwi. Jak to w Volvo, nie mogło zabraknąć charakterystycznej konsoli środkowej na cienkim panelu, który ma za sobą wolną przestrzeń. Element designerski, który stał się wyróżnikiem marki, jest naprawdę fajnym pomysłem i docenianym przez większość rozwiązaniem. Na szczycie tunelu środkowego znajdziemy ekran, który jest – jak to już we współczesnych samochodach – centrum dowodzenia wszystkim. Od nawigacji, po ustawienia ogrzewania. Sterowanie tym urządzeniem nie jest niestety zbyt intuicyjne i zdecydowanie wymaga przyzwyczajenia do tego systemu. Gdy już się nauczymy, to wszystko działa dobrze i tak, jak powinno. System nagłośnieniowy jest naprawdę na wysokim poziomie, co bardzo sobie chwalę, szczególnie w tak krzykliwych wersjach, jak ta testowa. Niejako pozostając we wnętrzu, nie da się nie zauważyć, że Volvo oferuje sporo miejsca dla kierowcy, pasażerów, ale również na ewentualne bagaże. Kufer kryje w sobie na prawdę pojemny i ustawny bagażnik.

DSC_2057

Przejdźmy do tego, co najważniejsze. Sercem tego czerwonego Szweda jest dobrze znany silnik T5. Jest to pięciocylindrowa, rzędowa jednostka benzynowa, o pojemności 2.5 litra. Całości towarzyszy oczywiście turbosprężarka. Taki zestaw produkuje aż 254 KM i tylko 360 Nm. Taka wartość momentu obrotowego jest trochę za mała, jak na tej pojemności silnik z turbodoładowaniem. Dziwne, ale widać tak wyszło szwedzkim inżynierom. Na szczęście, podczas jazdy aż tak tego nie czuć. Samochód przyspiesza zdecydowanie i efektywnie, choć rzeczywiście kręcić go trzeba wysoko. Producent deklaruje 6,1 sek. do 100 km/h. Wydaje mi się to nie do końca realne. Moje odczucia oscylują w okolicach 6,5 – 7 sekund. Skrzynia biegów – zwłaszcza w trybie sportowym – dobrze i szybko wybiera przełożenia i zdecydowanie jest atutem V40-stki. Miło jeszcze spotkać 6-cio biegowy automat, bo w większości nowych modeli – zwłaszcza premium – producenci montują już 7-mio i 8-mio biegowe skrzynie automatyczne. Jak dla mnie ten ślepy pęd ku coraz większej liczbie przełożeń, wcale nie jest takim dobrym zjawiskiem i nie wpływa tak zbawiennie na ekonomikę i elastyczność jazdy.

V40 T5 dobrze trzyma się drogi, nie sprawia wrażenia ociężałego przy szybkich i krótkich ruchach kierownicą. Oczywiście nie zachowuje się aż tak, jak leciutki gokart, ale naprawdę jest dobrze, jak na całkiem spory samochód, z mega wyposażeniem i dużym bagażnikiem. Nie lada frajdą jest też słuchanie pięciocylindrowego silnika. Pięć cylindrów to nieczęsto spotykane rozwiązanie, a walory dźwiękowe są bardzo przyzwoite. Coś między V6, bokserem, a rzędową czwórką ze zrobionym układem wydechowym i dolotowym. Bardzo ciekawy dźwięk i przede wszystkim nie osłuchany. Aż chce się wciskać gaz! W tym wszystkim niestety przeszkadza system Start-Stop, który gasi samochód niezależnie od tego, co robiliśmy chwilę wcześniej na drodze i niezależnie od trybu Sport, czy Comfort. To bardzo drażniące, więc polecam wyrobić sobie odruch wyłączania systemu, tuż po pierwszym uruchomieniu silnika. Bez tego całego systemu i tak samochód dużo nie palił, bo przy jeździe, której na pewno nie mogę nazwać ekonomiczną, ani neutralną, średnie miejskie zużycie zanotowałem na poziomie 11,5 litra. To naprawdę dobry wynik!

W jeździe pomagać ma również znany już dobrze system BLIS, czyli ostrzeganie przed innym pojazdem w martwej strefie. Gdy chcemy zmienić pas, a akurat system widzi jakieś zagrożenie, ostrzega nas mrugając lampką zamontowaną przy lusterkach zewnętrznych. Ogólnie całość działa dobrze i jest przydatna, chociaż w dynamicznym ruchu miejskim i ciągłych zmianach pasa – mniej, lub bardziej nagłych – system często wydaje się jednak zbyt asekuracyjny. Fajny pomysł i wykonanie dobre, ale nie dla bardzo dynamicznej, miejskiej jazdy.

Podsumowując, ten samochód wydaje się być bardzo ciekawą propozycją. Jeśli szukamy dynamicznego auta, które jednocześnie nie jest Golfem GTI, oferuje nieco luksusu i na pewno nie będzie go dużo na ulicach, to właśnie to będzie odpowiedni dla nas model. Jedyny minus to napęd przedniej osi, ale do przełknięcia. Co więcej, samochód daje dużo frajdy z jazdy, a każde wciśnięcie pedału gazu powoduje uśmiech na naszej twarzy. A o to przecież chodzi, prawda? Cena tego na prawdę godnego polecenia samochodu nie jest na szczęście zaporowa. Podstawowa wersja T5 R-design to koszt niewiele ponad 130 tysięcy zł, a wersja taka, jak testowa to koszt ok. 160 tys. zł.

Volvo V40 T5
Charakter7/10
Fun8/10
Osiągi8/10
ZZZ (zgodny z założeniem)8/10
Ogółem31/40
Czy bym kupił?TAK

Dyskusja

komentarzy

Artur Ostaszewski

Artur Ostaszewski

Od lat dziennikarz motoryzacyjny, od dziecka pasjonat samochodów. Ma całą kolekcję kultowych, corocznych katalogów “Samochody Świata”. Do tej pory kupuje gumy “Turbo” na Allegro. Od 18-go roku życia pisze do różnych tytułów, a od kilku lat pracuje również w TVN Turbo. Prowadził najróżniejsze motoryzacyjne perełki – od Malucha, czy Wartburga z lat 60-tych, po Lambo i SLS-a. Zwolennik tylnego napędu, przeciwnik ekologii w motoryzacji.