Nowy czy używany? Oto jest pytanie. A odpowiedź?

Masz telefon? Masz. A kupiłeś go, czy spłacasz miesięczne raty za jego używanie? Najczęściej spłacasz, bo o ile korzystasz z abonamentu, ta cena jest wliczona w stałą opłatę. Idąc do salonu po nowy samochód również możesz wpłacić jedynie procent jego wartości, a resztę spłacać w niewielkich ratach – tzw. opłacie za używanie. Czy to oznacza, że zdrowy rozsądek powinien podpowiadać zakup auta nowego w każdym przypadku?  

 

Polacy, jako społeczeństwo na dorobku, wciąż przywiązują ogromną wagę do własności. Samochód, mały, ciasny, ale własny jest lepszy niż auto docelowe, ale na kredyt. Paradoksalnie też osoby mniej zamożne chętniej kupują nowe auto budżetowe niż używane kilkuletnie – bo się nie psuje, bo jest gwarancja, bo odbiór nowego auta to wielka przyjemność.

Od pewnego czasu na naszym rynku pojawiło się nowe rozwiązanie, które na zachodzie funkcjonuje już od kilku lat. Chodzi o zupełnie nowe auto za niską, stałą opłatę miesięczną z możliwym wykupem lub zamianą na kolejne auto za 3-4 lata, czyli tzw. auto na abonament z ratą balonową.

Jakie są zalety takiego rozwiązania? Już tłumaczę – uczestniczyłem ostatnio w specjalnym szkoleniu jednej z wiodących w tej ofercie marek, więc jestem teraz mądrzejszy i chętnie się tą wiedzą podzielę.

Co kupujemy? 

Załóżmy, że autem, o którym marzysz jest średnio wyposażony kompakt z silnikiem ok. 125 KM. Jego cena to dla uproszczenia 70 tys. zł. Jeśli zdecydujesz się na taki samochód, to przy wpłacie początkowej 10 % (chociaż bywają też oferty abonamentowe – w ogóle bez wpłaty początkowej), możesz go mieć spłacając 700 zł netto miesięcznie przez 4 lata (to nie jest oferta oficjalna oferta żadnego producenta, tylko symulacja na potrzeby artykułu).

Czyli:

7 tys. zł wpłaty + 700 x 48 = 40 600 zł. W ten sposób pozostanie do spłaty jeszcze 29 400 zł, które możesz albo wpłacić za jednym razem (po czterech latach spłaty za stary samochód – raczej słabo) albo rozbić na kolejne raty, np. na pięć lat. Możesz też po prostu oddać ten samochód dealerowi, a on da ci nowy, który znowu będziesz spłacać w tym samym systemie. Masz gwarancję odkupu tego auta za 29 400 zł, więc nie musisz martwić się o to, że będą do ciebie dzwonić dziwni ludzie z ogłoszenia i wmawiać, że auto jest bite i z cofniętym licznikiem. Oczywiście, jeśli znajdziesz chętnego na swój samochód za 32 000 zł, to również nie powinno być problemu. Wykupujesz samochód i sprzedajesz na wolnym rynku. Proste? Proste!

Minusy takiej operacji?

Dealer może policzyć dodatkowe koszty za szkody lub niechlujne użytkowanie samochodu. Podobno każdy właściciel zdający auto coś dopłaca – średnio kilkaset złotych. Kolejnym minusem jest ograniczony przebieg. Z reguły 20 tys. km rocznie, a każde wydłużenie tego przebiegu do 30 tys. lub 40 tys. to wyższa rata miesięczna. Gdy przejechałeś więcej, niż to wynikało z zobowiązania wobec dealera, ten ma prawo doliczyć karę w wysokości np. 20 groszy za każdy nadprogramowy kilometr.

Auto tak naprawdę nie jest twoje. Jedynie używasz go, jak telefon czy laptopa.

Korzyści? 

Jeździsz nowym samochodem na niewysiedzianym fotelu, nie musisz nasłuchiwać każdego stuknięcia w zawieszeniu i martwić się wydatkami – oczywiście jesteś zobowiązany raz do roku jechać na przegląd, wymieniać opony (chociaż są również oferty zupełnie bezobsługowego użytkowania auta – oczywiście odpowiednio droższe).

Spłacasz jedynie utratę wartości auta. Nie interesujesz się sprzedażą, po prostu bierzesz następne i tyle.

Ale…

Przez cztery lata tracisz 40 600 zł + wydatki na przeglądy i opony, czyli jakieś 50 tys. zł. Owszem, jeżeli kupisz to samo auto na kredyt zwykły czy gotówkę to stracisz tyle samo (w przypadku zwykłego kredytu nawet więcej, bo rata będzie zdecydowanie wyższa i doliczą ci odsetki), ale nadal będziesz miał samochód, którym możesz pojeździć jeszcze 2-3 lata nie mając 700 zł stałych miesięcznych obciążeń.

Auto używane jest lepszym wyborem? 

Pracownicy salonów namawiając na nowe auto w systemie abonamentowym zadają standardowe pytania: ile wydajesz na naprawy swojego starego auta oraz ile ono traci miesięcznie na wartości. Jeżeli zsumujesz te wydatki, to kwota, która wyjdzie powinna dać rozsądną sumę w budżecie na comiesięczną spłatę nowego auta.

No to spróbujmy i oprzyjmy to o fakty:

Przykład wzięty z życia: Fiat Croma 1.9 JTD 150 KM w wersji Emotion z 2009 roku (bardzo rzadkie i niedocenione auto na naszym rynku). Właściciel dba o samochód ponad miarę, co 20 tys. oddając auto do autoryzowanego serwisu, a na grubsze naprawy do zaufanego mechanika. Aktualny przebieg 176 000. Najbliższe naprawy – brak, samochód sprawny.

W 2012 roku, za 4-letni samochód z przebiegiem 100 000 właściciel zapłacił 34 900 zł. Jego obecna wartość – ok. 24 000 zł. Utrata wartości: 10 000 zł. Koszty serwisowe (wahacze, turbina, przekładnia kierownicza, chłodnica klimatyzacji i mniejsze duperele) plus opony [215 50 R17 – 2x komplet leni (niestety pierwszy komplet miał wadę fabryczną), 1x komplet zimowy – tylko producenci premium] = ok 20 000 zł.

Koszty utrzymania razem z utratą wartości wyniosły 30 000 zł. Dodając do tego 34 900 zł ceny początkowej, mamy kwotę 64 900 zł, od której odejmuję obecną wartość 24 000 zł. Wychodzi 40 900 zł, czyli tyle, ile samej utraty wartości będzie miał nasz kompakt wzięty na raty, jednak bez kosztów serwisu i opon. Jednak gdyby porównać tu koszty zakupu i utrzymania 4-letniego kompaktu (sorry, pod ręką miałem tylko takie dane), wyszłoby znacznie mniej. Pamiętajmy jeszcze o ubezpieczeniu – na nowe, roczne czy dwuletnie auta jest ono w niektórych przypadkach bardzo drogie (np. młody kierowca z małymi zniżkami i zwyżką za wiek).

Do porównania użyłem aut z zupełnie różnych klas, żeby udowodnić, że za 10 000 zł mniej, zamiast nowego kompaktu, możesz stać się właścicielem 4-letniego auta z dużym bagażnikiem i o wiele bardziej komfortowymi fotelami. Oczywiście to porównanie, choć wskazuje wyraźnego zwycięzcę (patrząc na koszty) nie będzie dla każdego miarodajne. Kogoś, kto chce mieć nowe auto, nie przekona się do używanego. I na odwrót. Pamiętajmy jednak, że rata za duże kombi, do tego z mocnym dieslem wyniesie grubo powyżej 1000 zł miesięcznie. Przez lata spłacania i wyższych kosztów serwisu, wydamy na jego utrzymanie na pewno o wiele więcej niż 40 900 zł.

Moim zdaniem zakup nowego auta, jeżeli nie będzie użytkowała go firma, odliczając od kosztów jego użytkowanie (chociaż wspomniana Croma również używana jest przez firmę, a od kwoty 34 900 zł podczas zakupu odliczono proporcjonalnie VAT), nie ma żadnego sensu. Chociaż… no właśnie.

Złotym środkiem byłoby auto używane na abonament. Pożyjemy, zobaczymy :)

edit 1:

Znajomy zadał mi pytanie: a co jeżeli nie mam 34 000 na 4-letnie kombi? Pytanie zasadne – Polacy przecież nie oszczędzają. Wziąłem pierwszy lepszy kalkulator kredytowy i wyszło mi co następuje:

7000 zł wpłaty i kredyt rozbity na 48 rat. Miesięczna rata 727 zł, a cały samochód w ten sposób, będzie nas kosztował 41 900 zł plus koszty utrzymania. Dodając do tego 6000 zł (różnica między utrzymaniem z utratą wartości, a kwotą, którą otrzymamy za auto) wychodzi 47 900 zł, czyli nadal taniej niż kompakt w abonamencie. I nie mamy długu na 29 400 zł. Mamy nadal jeżdżący, co prawda już 8-letni, samochód, który jest naszą własnością.

Właśnie “własność” – można się do niej nie przywiązywać, ale przy założeniu, że w samochód włożyliśmy przez cztery lata sporą kwotę i auto jest w tym momencie sprawne, nie będzie wymagało większych nakładów przez kolejny rok czy dwa, pozbywamy się stałej miesięcznej opłaty (700 zł). W przypadku opcji “auto na abonament” bierzemy kolejny samochód i ta sama melodia jest grana przez następne 4 lata. Kupujemy w ten sposób spokój, ale na pewno nie oszczędzamy. 

 

Adam Gieras

 

Artykuł nie jest sponsorowany, powstał w mojej głowie i pewne wyliczenia mogą się nie zgadzać. Oczywiście z wielką przyjemnością poznam argumenty za, jak i przeciw moim wyliczeniom. 

Zapraszam do dyskusji! 

 

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem...), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę...