Minitest: Ford S-max 2.0 TDCi 180 KM AWD Vignale – luksusowy autobus

Jeszcze kilkanaście lat temu klimatyzacja była luksusem, dziś jest absolutnym minimum, jak np. podgrzewane lusterka. Klienta poszukującego luksusowej wersji auta nie zadowoli już nawet skórzana tapicerka. Teraz auto musi być wyjątkowe w każdym calu. Tak jak Ford S-max Vignale.

 

Citroen ma markę DS, Ford wprowadził – na razie linię – Vignalę, która dostępna jest w specjalnych salonach, gdzie przy akompaniamencie lekkiej muzyki, zapachu drogich perfum, na specjalnie wystylizowanej powierzchni można kupić wysmakowanego Forda. Jednak nie tylko na zakupie auta się tu kończy. Linia Vignale to także obietnica: doradztwa serwisowego 24h, darmowej myjni, kierowcy, który zajmie się naszym autem w drodze do i z serwisu.

Ale żeby van ociekał luksusem?

Takie czasy, jakie wymagania klientów. S-max Vignale, podobnie jak Mondeo Vignale, otrzymał grubsze szyby, które we współpracy z systemem emitującym dźwięk przeciwstawny do tego, który dociera zza okna (Active Noise Control) zapewniają ciszę niespotykaną w tej klasie aut. Poza tym ciężko napotkać w tym aucie na celową, niczym nie uzasadnioną oszczędność. Skóra na siedzeniach, na desce, miękki welur na podłodze i wszędzie tam, gdzie wydaje się, że wzrok nie sięga. Pełne wyposażenie z każdym elektrycznym bajerem, jaki został wymyślony. Masaż w fotelach to oczywista oczywistość. Systemy wspomagające pracę kierowcy? Nie bądźmy śmieszni, oczywiście, że są.

 

 

Bez zmian w stosunku do zwykłego S-maxa pozostały multimedia, którym zarzucić można przeciętną łatwość obsługi, małą przejrzystość i powolne działanie (niestety wiele marek oferuje lepsze systemy niż SYNC). Ciężko też przyzwyczaić się do pogrupowania niektórych przycisków na desce rozdzielczej – to wielkie pokrętło na panelu środkowym odpowiada za… regulację głośności. Truskawkę na torcie, jak mówi Tomasz Hajto, stanowi za to sam ekran systemu, który jest atrakcyjny dla oka, a kamera cofania, która wyświetla na nim obraz, wręcz urzeka jakością.

Wygoda? I to jeszcze jaka! Kierowca i pasażer z przodu podróżują tu w iście królewskich warunkach. Dużo miejsca na nogi, nad głową, wystarczająco szerokie i ultra wygodne fotele – podróży nad polskie morze i zaraz powrotu do Warszawy nie odczułem wcale. Z tyłu, gdy jadą tam dwie osoby wygoda podróżowania jest na podobnym poziomie jak z przodu, ale i trzy osoby nie będą miały powodu do narzekań. Miejsca na nogi jest dużo, kanapa została wyposażona w wystarczająco sprężyste oparcie. Słowem chciałbym być tu wożony!

Za kanapą znajduje się oczywiście przepastny, bardzo układny bagażnik. W testowanej wersji zabrakło trzeciego rzędu siedzeń, ale to dobrze. Jazda z podkulonymi nogami nie przystoi w tak luksusowym wnętrzu. To, co jeszcze istotne w bagażniku znajdziemy po jego bokach – umieszczono tam przyciski do szybkiego składania siedzeń (bardzo wygodne rozwiązanie). W aucie nie brakuje schowków, pomysłowych przegródek i uchwytów – to standard w każdym S-maxie.

 

 

Do napędu prezentowanego S-maxa Vignale wykorzystano 2-litrowego diesla o mocy 180 KM i maksymalnym momencie obrotowym wynoszącym 400 Nm. Jeździłem już S-maxem z tym silnikiem i muszę powiedzieć, że bez grubszych szyb i reszty dodatkowych wygłuszeń sprawia wrażenie mniej ociężałego. Pamiętam, że 2-litrową, 180-konną wersję Titanium pochwaliłem za świetne i bardzo pewne prowadzenie oraz wystarczające osiągi. W budzie Vignale, S-max z tym silnikiem trochę jakby się męczył (nie wiem, może to wina konkretnego egzemplarza?).

Poza tym to, co się dzieje między kołami przekazywane jest na kierownicę z taką samą precyzją, ale już tłumienie dziur (S-maxem jeździ się trochę jak pancernym czołgiem, który głęboko wpada w uskoki na drodze) i reakcja na szybko pokonywane zakręty odbiegają na niekorzyść od tego, do czego przyzwyczaił mnie tylko trochę mniej ociekający luksusem S-max. Spalanie też cały czas wychodziło jakby trochę wyższe niż poprzednio – średnio nieco ponad 8 l/100 km. Część winy za powyższy stan rzeczy (za wyższe spalanie to nawet 100 % winy) ponosi napęd 4×4 (dorzuca on do masy auta 90 kg), którego zastosowania tu nie kupuję, bo jedyne, na co możemy liczyć w związku z tym rozwiązaniem to pewniejsza trakcja podczas ruszania np. w kopnym śniegu (ok, dla niektórych to być może ważne).

 

 

Kupić czy nie kupić? Oto jest pytanie. Jeżeli już koniecznie w wersji Vignale to z mocniejszym, 210-konnym silnikiem. Ja jednak wybrałbym “zwykły” egzemplarz w wersji Titanium . Jeździłby trochę głośniej, musiałbym go umyć sam, ale charakter dzieciowozu to nie śniadanie w Bristolu. Poza tym, w Vignale czuć nadmiar kilogramów, którego zwykła wersja nie przejawia (niestety producent nie podaje o ile Vignale jest cięższy od “cywilnej wersji”, dlatego w tabelce poniżej podaję jedyną wartość, którą znalazłem). Dla mnie wybór jest prosty. A dla ciebie drogi czytelniku?

P.S. minimum 30 tys. zł trzeba dopłacić do wersji Vignale. Niby niewiele, ale… za 41 tys. zł kupimy w pełni wyposażonego Forda Ka+ dla żony. Gdy dorzucimy wyposażenie prezentowanej wersji, starczy na nowego Focusa!

Adam Gieras
Zdjęcia: Adam Gieras Fotomotografia

 

A co myśli o tym S-maxie Damian Śmigielski?

 

 

 

Wygląd: (8 / 10)
Wnętrze: (10 / 10)
Silnik: (8 / 10)
Skrzynia: (6 / 10)
Przyspieszenie: (7 / 10)
Jazda: (8 / 10)
Zawieszenie: (8 / 10)
Komfort: (8 / 10)
Wyposażenie: (10 / 10)
Cena/jakość: (7 / 10)
Ogółem: (80/100)

 

 

 

Silnik: t.diesel/R4/16
Pojemność: 1998 cm3
Moc: 180 KM/3750 obr./min.
Moment: 400 Nm/1750 obr./min.
Skrzynia biegów: dwusprzęgłowy automat 6-biegów/ 4×4
0-100 km/h: 10,0 s
Prędkość max.: 206 km/h
Cena: ok. 215 000 (od ok. 182 000) PLN

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem…), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę…