Gruzińska motoryzacja, czyli trochę śmieszno, trochę straszno

Tegoroczny urlop spędziłem bardzo intensywnie – w Gruzji. Półtora tygodnia bez prowadzenia jakiegokolwiek samochodu pozwoliło mi jednak poczynić pewne obserwacje.Teraz jestem w 100 procentach pewien, że możliwość rejestrowania w Polsce samochodów z kierownicą po prawej stronie to zabójstwo. Dlaczego? Zaraz wszystko wyjaśnię.

Gruzja to piękny kraj, do którego turyści, zwłaszcza z dawnego ZSRR i państw od niego zależnych – w tym Polski, walą drzwiami i oknami. Oszałamiające widoki, uczynni i bardzo gościnni ludzie, świeże owoce, dobre wino i ryjąca łeb czacza zachęcają do spędzenia tam weekendu, kilku dni czy nawet całego, dwutygodniowego urlopu. Szkoda jednak, że tak mało pisze się w przewodnikach o wielkich połaciach śmieci przy drogach, strasznej biedzie czy zniszczonych poradzieckich wieżowcach – wizytówce każdego z gruzińskich miast. A jeszcze bardziej szkoda, że w owych przewodnikach tak mało mówi się o gruzińskim transporcie. Jeżeli bowiem nie jedziesz tam własnym autem, czego nie radzę, przygotuj się na to, że każdy kierowca, z którym wsiądziesz do samochodu, będzie próbował cię zabić…

Gruzini jeżdżą tym, co… jeździ. Gdyby drzwi od stodoły jeździły do przodu, Gruzini jeździliby na nich. Oczywiście w biednym kraju, tak mocno wyeksploatowanym przez Rosjan nie ma co spodziewać się cudów, ale rząd Gruziński nie robi nic, żeby sytuację znormalizować – ba, on ją pogarsza. Od pewnego czasu w Gruzji nie obowiązują już okresowe przeglądy rejestracyjne. Zniesiono je, bo okazało się, że samochody poruszające się po tamtejszych drogach są tak wyeksploatowane, że trzeba by odebrać ponad połowę  dowodów rejestracyjnych. Cóż, żyć z czegoś Gruzin musi, a samochód w kraju, w którym jest sporo turystów i nie ma za bardzo pracy stanowi najczęściej źródło utrzymania całej rodziny.

DSC_0419

Po ulicach jeżdżą więc samochody bez zderzaków (bardzo wiele nie ma ich ani z przodu ani z tyłu – nie wiem dlaczego), bez świateł, bez masek, bez szyb, z ogromnymi luzami w zawieszeniu, z łysymi oponami lub z każdą oponą z innego kompletu, dymiące, szarpiące, ale jeszcze zdatne do jako takiej jazdy w obranym kierunku. Na wsiach dominują stare Łady, w miastach Mercedesy Okularniki. Jest oczywiście też trochę nowych aut (tu najczęściej spotkamy kilkuletnie kompakty) oraz, szczególnie w Tbilisi, luksusowych BMW i Mercedesów, ale należą one albo do przyjezdnych Rosjan albo do ludzi, którzy w sposób mało zgodny z prawem dorobili się fortuny. Zresztą nawet jeżeli Gruzina stać na nowe auto, i tak nie ma go gdzie kupić – przedstawicielstwa marek nie istnieją. Samochody sprowadza się zza granicy – najczęściej Niemiec, Rosji i… Japonii. O tym ostatnim szlaku opowiem za chwilę. Najpierw zajmijmy się jazdą.

Na Gruzińskich drogach nie trudno poczuć się jak w Bombaju. Pierwszeństwo ma ten, kto jedzie szybciej, wyprzedzanie na czwartego – o ile jest miejsce – nie stanowi problemu, a klakson służy zarówno do ostrzegania „uwaga jadę”, jak wszystkich innych czynności, których nawet po 10-dniowym pobycie tam nie potrafię nazwać. Do tego wszyscy jadą bardzo szybko, choć drogi są tragiczne, i hamują bardzo późno, najczęściej wtedy, kiedy wyhamowanie jest już niemożliwe, więc nagła zmiana pasa czy przejazd po chodniku, w celu ratowania swoich czterech liter, to nic niezwykłego.

DSC_0246

 

Ponad średnią – i tak bardzo wysoką prędkość na drogach – wybijają się kierowcy marszrutek, czyli busów typu sprinter czy transit. Jest to najtańszy i moim zdaniem najniebezpieczniejszy środek transportu po tym urokliwym kraju. Kierowcy wspominanych busów za nic mają życie swoich pasażerów, nie przejmują się też innymi użytkownikami dróg. Wyprzedzają na trzeciego, a nawet czwartego, w tunelach, na zakrętach, z górki i pod górkę. Do tego ich jazda polega na jak najszybszym rozpędzeniu dużego i przeciążonego auta do maksymalnej prędkości. Jednak gdy w trakcie tegoż rozpędzania zobaczą na poboczu osobę machającą im, żeby się zatrzymali, robią to bez zastanowienia – ot po prostu zajeżdżając wszystkim drogę. W końcu oni są najważniejsi. Gdy uda się już busa załadować po brzegi i rozpędzić, kierowcy marszrutek oddają się temu, co lubią najbardziej – prowadzeniu łokciem i rozmawianiu przez telefon z papierosem w drugiej ręce. Generalnie radzę omijać ten środek transportu szerokim łukiem – gdy jedziecie większą grupą, wynajmiecie na cały pobyt spokojnego kierowcę. Kilku takich udało mi się spotkać.

W tym całym rozgardiaszu kolejną grupę stanowią kierowcy z kierownicą po prawej stronie. Dlaczego po prawej? Ano dlatego, że swoje auta sprowadzili z Japonii (podobno bardziej się opłaca), a następnie bez żadnej przeróbki zarejestrowali w Gruzji (pamiętajcie o braku obowiązku przeglądów). Biorąc pod uwagę bardzo duże natężenie ruchu na gruzińskich drogach i prędkość, z jaką przeciętni kierowcy podróżują, kierownica po prawej stronie jeszcze bardziej potęguje i tak ogromne prawdopodobieństwo wypadku.

DSC_0421

Miałem okazję przejechać się takim autem (na tylnej kanapie oczywiście). Mitsubishi Grandis, co jak co w bardzo dobrym stanie, z kierownicą po prawej stronie mknęło jak szalone z uroczym Lashą-kierowcą w stronę Kaukazu. Wszystko fajnie, tylko przed każdym tirem, do którego Lasha dojeżdżał rozpędzony, padało pytanie: „droga wolna?”. Pasażer z boku, cały zielony z przerażenia musiał odpowiadać – „da” lub „niet”. Na pytanie czy Lasha widzi w tym problem, odpowiadał: „niet, eta nie problem, jedyny problem w Gruzji to brak problemów”. Cóż, szczęśliwi naród. Gdy dodamy do tego fakt, że każdy wierzy jedynie w przeznaczenie, a nie w samosprawdzającą się przepowiednię, mamy, co mamy – gruzińskie drogi strachu, które jednak trochę różnią się od polskich…

… Bo choć w Gruzji 93 % wypadków wynika z rażących błędów kierowców, to właśnie tam, każdy uczestnik drogi, choć wyprzedza jak szalony i jedzie stanowczo za szybko, przewiduje, że coś lub ktoś może mu wyskoczyć zza zakrętu, że ktoś nagle może go zajechać – oni są do tego przyzwyczajeni. Dzięki temu nie jesteśmy tam świadkami wypadków co 5 sekund. Natomiast w Polsce, kraju, który na drogach stał się już mniej dziki, jazda z kierownicą po prawej stronie może skończyć się o wiele tragiczniej. To bardzo źle, że rząd się ugiął przed bandą nieodpowiedzialnych kierowców, którzy chcą sobie radzić pod prąd (tym razem nie popieramy) – to duże zagrożenie dla każdego z nas, dlatego myślcie i nie kupujcie samochodów z kierownicą po niewłaściwej stronie!

 

Adam Gieras

 

Dyskusja

komentarzy

Adam Gieras

Adam Gieras

Cześć! Jestem pomysłodawcą portalu MotoPodPrąd i od samego początku pełnię zaszczytną funkcję redaktora naczelnego. Urodziłem się w 1984 roku w Warszawie, z wykształcenia jestem politologiem i prawie dziennikarzem (jak prezydent Kwaśniewski, chociaż studiów nie skończyłem…), a od kilku lat zawodowo poruszam się w świecie afiliacji. Myślę, że mogę nazywać się pasjonatem motoryzacji od dziecka – już w wieku 2-3 lat pytałem o każdy samochód spotkany na ulicy: „co to?”, a dorośli musieli udzielać odpowiedzi. W wieku 10 lat pamiętałem dane techniczne i ceny wszystkich modeli dostępnych na polskim rynku – prenumerata gazety „Auto Bazar” była dla mnie ważniejsza niż nowy rower czy deskorolka. Prawo jazdy zacząłem robić na 3 miesiące przed ukończeniem 17 lat i odkąd odebrałem upragniony dokument nie rozstaję się z czterema kółkami. Dzięki motopodprad.pl udało mi się spełnić nie jedno marzenie – za co dziękuję także Wam, Czytelnikom. Prowadziłem kilkaset samochodów, więc myślę, że wreszcie poza teoretyzowaniem, mogę coś o motoryzacji powiedzieć i być może będę miał rację. Z testowania czerpię przyjemność, ale nie mierzę samochodów linijką, nie sprawdzam każdego plastiku pod względem faktury, nie interesuje mnie jaki rodzaj koła zapasowego lub zestawu do pompowania znajduje się pod podłogą. Od tego są inni. Uwielbiam auta z przełomu lat 80- i 90-tych. W moim skromnym garażu stoi obecnie jedynie Renault Laguna III 2.0 dCi 150 KM AT, zwana Francą. Chciałbym na co dzień jeździć Lexusem LS400 z końcówki lat 90-tych. W sumie to nie wiem czemu nim jeszcze nie jeżdżę…